Na wysokiej połoninie. Główną granią Czarnohory od Reber w stronę Popa Iwana

Główna grań Czarnohory była najbardziej wyczekiwaną atrakcją tego wyjazdu. Na Popie Iwanie już byłam, dzień później nastąpiła próba ataku na Munczel z połoniny Czufrowej – zakończona porażką z powodu zgubienia nieznakowanej ścieżki. W czwartek 28-ego września ze świeżą determinacją podjęłam więc próbę dostania się na główną grań z Kotła Gadżyny przez Szpyci. Wędrówka ta zapisała się w mojej pamięci pod znakiem urzeczenia bezkresem połonin i magią chmur…

Przyznaję – na Ukrainę jechałam z trochę lekceważącym nastawieniem. Towarzyszyły mi myśli typu: „No przecież co to nie ja, «wielka» zdobywczyni Tatr?! Główną grań od razu «urwę» w dwa dni, a potem się zobaczy: może jeszcze Świdowiec, może Marmarosze, a może gdzieś w Gorgany”. Planów było mnóstwo, natomiast w praktyce to wszystko okazało się nie takie proste do wykonania. Przewidziany na drugi dzień pobytu (po wstępnym rozpoznaniu) plan przejścia połówki grani od Popa Iwana do Szpyci udało mi się zrealizować dopiero dnia czwartego, w dodatku bez Popa Iwana (na którym to byłam dwa dni wcześniej, co zdążyłam już skrzętnie opisać). Warto było jednak poczekać na wyklarowanie się pogody, dzięki czemu zawarcie znajomości z ukraińskimi dwutysięcznikami przebiegło w nadzwyczaj miłej, sielankowej atmosferze.

DSCN1423
Na wysokiej połoninie wstaje dzień. Po ścielącym się morzu chmur oraz barwnej łunie wnioskuję, że pogoda tego dnia będzie przepiękna.

Klasycznie już rozpocznę fotorelację od wschodu słońca. W momencie, gdy nad granią chłodny świt, prawdziwy górołaz zawsze jest już w trasie! Plan na dziś: dostać się na Szpyci nieznakowaną ścieżką opisaną w przewodniku Kuby Węgrzyna, właściciela jedynego polskiego schroniska w Czarnohorze. Po orientacyjnej porażce dnia poprzedniego moja determinacja była bardzo silna (że niby ja na jakieś pagórki nie wejdę?! 😉 ). W związku z tym o 6 rano w chatce ja i Kuba urządziliśmy jeszcze szybką naradę nad mapą z kubkiem kawy w dłoni i przy świetle latarki czołówki.

Wędrówkę rozpoczynam w Bystrecu (Бистрець). Z centrum wsi idę drogą jezdną w stronę leśniczówki, gdzie zaczyna się zielony szlak prowadzony przez grań Maryszewskich na Szpyci, a stamtąd do głównej grani Czarnohory. Po dwóch tygodniach obfitych opadów stan oficjalnego szlaku pozostawia jednak wiele do życzenia. Poza tym nie mam specjalnej ochoty na towarzystwo innych turystów. Tymczasem przez połoninę Gadżynę prowadzi nieznakowana, lecz dobrze zachowana alternatywna ścieżka – trzeba tylko wiedzieć, jak na nią trafić i którędy dalej wędrować.

DSCN1628
W słońcu poranka zmierzam wyboistą drogą jezdną w stronę połoniny Gadżyna.

Za ostatnimi wiejskimi zabudowaniami przekraczam przez mostek wijący się potok Bystrec. Następnie przez las prowadzi mnie dobrze zachowana droga jezdna na połoninę Gadżyna. Jeszcze w czasach przedwojennych płaj ten był bardzo często uczęszczany, ponieważ prowadził do schroniska rotmistrza Gaudina, po którym pozostały już tylko ruiny. Dzisiaj już tylko miejscowi niekiedy jeżdżą na połoninę, aby kupić od pasterzy huculski oscypek (bundz) i mleczną serwatkę (żętycę).

Ukraińskie góry czasem sprawiają wrażenia wielkiego sanktuarium pamięci. Na ścieżkach i szlakach można spotkać mnóstwo pamiątek po minionych czasach i żyjących tutaj dawniej ludziach, obrazujące specyfikę ich mentalności kulturowej. W okolicach głównej grani znajduje się wiele krzyży upamiętniających osoby zmarłe, cuda lub objawienia. To widoczna oznaka głębokiej religijności mieszkańców Huculszczyzny. Chociażby na powyższych zdjęciach widać pamiątkowy chrestyk oraz tablicę z wygrawerowaną modlitwą Otcze nasz, postawioną na połoninie Gadżyna.

W skrzących się promieniach porannego słońca połonina Gadżyna prezentuje się bardzo pięknie. Kierowana ciekawością i urokiem chwili, przechodzę drewnianym mostkiem przez potok Mrije (patrz: drugie zdjęcie), aby zobaczyć połoninną staję (owczarnię). Spotykam tam ukraińskich robotników, prowadzących prace remontowe. Po krótkiej pogawędce z jednym z nich wracam do kamiennej tablicy, aby zlokalizować dalszy przebieg ścieżki.

Ważnym punktem orientacyjnym jest tzw. „krzyż Matki Boskiej UPOwskiej”. Chrestyk ma upamiętniać strzelca Daniljuka z lokalnego oddziału OUN. Legenda głosi, że w tym miejscu w porze zimowej, podczas ostrej zamieci śnieżnej, zabłądziła grupa ukraińskich banderowców. Podczas fatalnej pogody nie byli w stanie zlokalizować drogi do Bystreca, a pozostanie w lesie na noc w takich warunkach prawdopodobnie skończyłoby się dla nich śmiercią. Wówczas na ratunek pospieszyła im Matka Boska, która przemarzniętych upowców sprowadziła szczęśliwie na dół. Na pamiątkę tego zdarzenia postawiono tutaj ten właśnie pamiątkowy krzyż. Dosłownie 10 metrów za nim zaczyna się kamienista, chwilami trochę zarastająca ścieżka, która wchodzi w las.

Oczywiście w Czarnohorze nie brakuje pamiątek po legendarnym XVIII-wiecznym opryszku Aleksym Doboszu. Na zdjęciu po lewej widoczne źródełko Doboszowa Krynica (Довбушова  Керніца) oraz masywny kamień zwany Doboszowym Stołem (Довбушовий Стиль). Stanisław Vincenz w Prawdzie Starowieku tak pisał o magicznych mocach Doboszowej Krynicy:

„Dlatego w słońce czy w mróz, w letnie południe czy w zimowy poranek, Doboszowa krynica, rodem z wód podziemnych, nie troszczy się o prawa świata słonecznego. Za to ma sławę wody wieszczej i jest gdzieś przemównik taki z siłami podziemnymi zmówiony, co zna słowo, by przemienić ją, a raczej przywrócić jej moc, co scala, co do życia przywraca i odmładza.” 

Dalej ścieżka wije się przez las, a po prawej wciąż szumi rączy Bystrec. Aby dojść na Szpyci, najlepiej cały czas trzymać się prawej strony, ponieważ w pewnym momencie ścieżka rozwidla się na trzy. W lewo odchodzi płaj kierujący się w stronę pięknej polodowcowej doliny z niesamowitymi skalnymi ostańcami, zwanymi Kizie Ułohy (a po polsku zwyczajnie „kozły”). Prosto wychodzi się wprost do Małego Kotła Gadżyny. Moja ścieżka zgodnie z mapą przecina potoczek (zdjęcie po lewej), a następnie wychodzi koło charakterystycznego, masywnego kamienia (z widocznymi śladami antropologicznymi,czyli solidnie pobazgranego). Z tego miejsca pięknie już widać skalne żebra Reber – szczytu położonego w głównej grani Czarnohory.

DSCN1447
Hen, daleko w górze charakterystyczna Rebra. Już dwie godziny później miałam przyjemność zawrzeć z nią bliższą znajomość.

Przez kosodrzewinę idę szeroką, kilkumetrową „autostradą”. Kiedyś planowano zbudować w tej okolicy domek dla snowboardzistów, a pozostałością po tych planach jest wycięta ścieżka. Po jakimś czasie zaczyna ona zarastać, w dalszym ciągu jednak nie muszę się przedzierać. Po około 20 minutach szybkiego marszu wychodzę w Wielkim Kotle Gadżyny. Przede mną odsłaniają się ostre, charakterystyczne Szpyci (Шпиці).

DSCN1452
Iglice i ostańce skalne Szpyci, o wysokości do 40 m, to jedna z największych atrakcji turystycznych Czarnohory.

Notabene, w Wyżnim Kotle Gadżyny spotkałam… ludzi! Ta ścieżka nie jest często uczęszczana, turyści wybierają raczej wiodący naokoło przez Maryszewskie szlak. Natasza i Wasyl podobnie jak ja nie mieli ochoty na tłok. Szybko nawiązała się rozmowa:

  • Wybaczte, eto je Szpyci?
  • Da, my takoż jidemo tudy. A zwidky Ty?
  • A z Polszi.
  • I sama? Ne straszno?
  • Ja ljubyty tak, duże spokijno.
  • Eeee, to pryjdy z nami! A jak Tebe zwaty?
  • Joanna
  • Ania?!
  • Ne, Joanna.
  • Eeee, nu, horoszo, to budziesz Ania!

Pewnie już wspominałam – w ukraińskich górach obowiązuje zupełnie inna kultura niż w polskich. Wędrowcy bez pośpiechu czerpią czystą radość z przebywania w górach. Ludzie (zarówno turyści, jak i miejscowi Huculi) są dużo bardziej pomocni i życzliwi. We trójkę pięliśmy się więc mozolnie w stronę Szpyci, które obserwowane z dołu sprawiają wrażenie zaiste fenomenalne!

Ścieżka pnie się w górę stromo, więc przystajemy co kilka kroków dla złapania tchu.

DSCN1459
A poniżej rozpościera się cudowny Kocioł Gadżyny w glorii słońca przedzierającego się zza gęstych, siwych chmur.

Na Szpyci dochodzi wyraźny płaj wiodący przez Przełęcz Maryszewską oraz wierzchołki Wielkiej i Małej Maryszewskiej (zdjęcie po lewej). Po prawej widać natomiast ścieżkę wiodącą na główną grań, nieco ginącą w gęstwinie chmur.

Pogoda mogła budzić lekkie obawy, ale dla doświadczonego tułacza to nie pierwszyzna!

Ukraińcy często określają Szpyci mianem „dinozaurów”. Z bliska chyba widać dlaczego, nieprawdaż? Na poniższym ujęciu widać to doskonale – głowa, korpus z masywnym skalnym grzbietem i ogon wielkiego gada.

DSCN1472
Szpyci widziane z bliska. Piękne „dinozaury”, nieprawdaż?
DSCN1477
Jestem tuż przed główną granią. Moi towarzysze podróży oraz Szpyci giną gdzieś we mgle. W międzyczasie zrobiło się okrutnie zimno i zaczęło solidnie wiać.

Jestem właśnie na przełęczy zwanej Pid Rebrami (Під Ребрами), tym samym osiągam główną grań Czarnohory. Gdzieś dalej majaczą Turkuł, Pożyżewska, Breskuł, Howerla… ja jednak idę dzisiaj w drugą stronę grani – na Rebrę, Munczel i masyw Dzembroni (patrz: zdjęcie prawe).

Początkowo w takich właśnie mglistych i chmurnych warunkach atmosferycznych trawersuję łagodne zbocza szczytu Rebra (Ребра , 2001 m). Nazwę można właściwie tłumaczyć jako „żebra”. Na stokach szczytu znajdują się bardzo charakterystyczne żebra skalne, które to właśnie widziałam rankiem (i uwieczniłam na zdjęciu) w kotle Gadżyny.

Specyfika geologiczna grzbietu Czarnohory to bogactwo polodowcowych jezior i kotlin oraz jednolita faktura wielkich pagórków. Pasmo niemalże w całości zbudowane jest z oligoceńskiego piaskowca magórskiego, podatnego na wpływ warunków atmosferycznych i procesy erozji. Stąd właśnie łagodny, falisty kształt grzbietu oraz regularność jego formy.

DSCN1494
To jest właśnie prawdziwe oblicze Czarnohory – wysokie, łagodne połoniny, bezkres przestrzeni, samotność (lub nieliczne towarzystwo) na szlaku oraz morze chmur. A ukraińskie Karpaty najpiękniej wyglądają właśnie spowite takimi dywanami chmur. Zdecydowanie bardziej osobliwie niż Tatry w podobnej aurze.

Główną granią Czarnohory biegła niegdyś granica polsko-czechosłowacka. Pozostałością po niej są stare słupki pograniczne – główny punkt orientacyjny w tym terenie. Dzięki dobrze zachowanej numeracji kilometrów wędrowcy mogą brać z nich namiary podczas wędrówki główną granią Czarnohory. Na mapie Krukara i Trolla, z której korzystałam podczas wędrówek, zaznaczone są słupki graniczne wraz z wyznaczonym kilometrażem (np. nr 18, 19, 23).

DSCN1499
Międzywojenny słupek graniczny nr 28, trawers Rebry.

Silny wiatr wkrótce przewiał gęstą powłokę chmur, dzięki czemu mogłam zobaczyć Gutin Tomnatyka (Гутин Томнатик Великий, 2016 m). Wierzchołek znajduje się nieco obok głównej grani, w bocznym grzbiecie odchodzącym od Rebry. W okresie międzywojennym położony był w całości na terytorium Czechosłowacji. Nazwa pochodzi od ukraińskiego słowa tomnatik, co oznacza „jesienny”. Prawdopodobnie o tej porze roku Huculi wypasali w okolicy owce i bydło.

DSCN1501
Na prawo od Rebry uwodzi i czaruje Gutin Tomnatyk. Oczywiście, że musiałam tam pójść!

Na zdjęciu po lewej widać piękne polodowcowe Jezioro Brebenieskul (Озеро Бребеніескуль), zwane także Tomnackim. Jest to najwyżej położone jeziorko na Ukrainie, jego tafla znajduje się na wysokości 1801 m n.p.m. Bardzo dobre miejsce na rozbicie namiotu i nocleg pod chmurką!

Na szczycie Gutina Tomnatyka znajduje się kamienny kopiec (ja je nazywam „szyszkami”) z pamiątkową drewnianą tabliczką. Oczywiście, że poszłam za dobrym przykładem i podpisałam się – nawet z imienia i nazwiska. A co! Niech pozostanie po mnie jakiś ślad nieskończoności. 😉

Na Gutinie Tomnatyku mogłam zaobserwować cudowny spektakl chmur. Wielokrotnie widziałam już gęste, jesienne mgły oraz poranne morze obłoków. Tym razem jednak wyglądało to niepowtarzalnie. Porywisty wiatr przewiewał chmury przez główną grań; miałam wrażenie, że piętrzą się one niczym fale morskie podczas sztormu. Bałwany chmur zdawały się pędzić wprost na mnie, ponieważ znajdowałam się mniej więcej na wysokości ich górnego piętra. Usiadłam na chwilę w zagłębieniu nieco osłoniętym od wiatru z kubkiem gorącej herbaty w jednej dłoni i czekoladą w drugiej. Mogłam do woli delektować się tym przepięknym widokiem. Zobaczcie sami, jak niezwykle prezentuje się ławica chmur przelewająca się przez grań Czarnohory.

DSCN1513DSCN1514DSCN1516DSCN1517DSCN1524

Na Gutin Tomnatyku spędziłam solidny kawałek czasu, napawając się widokami mgieł i złocących się połonin. Wkrótce jednak nadszedł najwyższy czas, aby wrócić na główną grań i dalej eksplorować teren.

Po powrocie na Rebrę zmierzam trawersem w stronę Brebeneskuła (Бребенескул, 2037 m) – drugiego co do wysokości szczytu Ukrainy. W mistycznym królestwie mgieł czuję się, jakbym wędrowała bez ściśle określonego celu, gdzieś poza czasem i przestrzenią.

Z Brebeneskuła bardzo dobrze widać charakterystyczne, „amfiteatralne” wykończenie kotła Tomnatka. Za sprawą licznych złomisk skalnych ma on zdecydowanie inną, ostrzejszą budowę niż pozostałe kotły glacjalne Czarnohory. Od zachodu zamyka go niemalże pionowa, 250-metrowa ściana Gutina – prezentuje się to imponująco. Spoza chmur wychylają się majestatyczne kamiennyji teatry. Są to prostopadłe formacje piaskowca, wydźwignięte wskutek procesu wietrzenia łupków skalnych. Wyrastając pionowymi ścianami ze zboczy kotłów glacjalnych, sprawiają one wrażenie kulisów teatralnych – stąd właśnie ludowa nazwa kamiennyji teatry. Według międzywojennego przewodnika Henryka Gąsiorowskiego (Przewodnik po Beskidach Wschodnich, t. 2: Pasmo Czarnohorskie, dostępny TUTAJ) to jeden z najpiękniejszych wyróżników całej Czarnohory.

DSCN1536

Wkrótce trafiam na kolejny pamiątkowy chrestyk (zdjęcie po prawej) z żeliwną tablicą. Belaja hora, wysakaja hora… Bardzo piękne i poetyckie epitafium upamiętnia tragiczną śmierć młodego ukraińskiego chłopca, porażonego piorunem pod Brebeneskułem. Ja serdce swoje ostawił w horach… – trudno przejść obojętnie i bezrefleksyjnie koło takich słów.

Po chwili trawersuję dalej południowe zbocze Brebeneskuła, pełne pięknych rumowisk skalnych.

Im dalej zapuszczam się na południowy wschód, tym bliżej mnie znajdują się bałwany białych chmur. Taki widok robi naprawdę niesamowite wrażenie…

Po południu pogoda się wyklarowała. Podczas dalszej wędrówki „warun” jest znakomity! W pełnym słońcu jesienne, złocisto-brunatne trawiaste zbocza Czarnohory wyglądają przepięknie. Moim kolejnym celem jest Munczel (patrz: zdjęcie po lewej). Po drodze mijam kolejną pamiątkę po rodzeństwie, które zginęło w górach (patrz: górne zdjęcie po prawej). Za mną strome, północne stoki Brebeskula (patrz: dolne zdjęcie po prawej).

Munczel (ukr. Менчул, 1989 m n.p.m.), zwany także Menczułem lub Minczołem to szczyt pośrodku masywu Czarnohory, o wysokości 1998 m. Swoją nazwę szczyt zawdzięcza plemieniu Wołochów – w rumuńskim języku menczul oznacza „wzgórze”, „pagórek”. Na południowy-wschód od niego odchodzi grań Rozszybenyka (Розшибеник), a obok niej ramię Stepańca (Степанець), nieco poniżej rozpościera się Dynarskie Pole. W pobliżu rozgrywała się jedna z bitew I wojny światowej (VIII-IX 1916 r.).

DSCN1576

Czerwony szlak trawersuje północne stoki Munczela, prowadząc prosto w stronę masywu Dzembroni. Mając jednak w pamięci sromotne niepowodzenia dnia poprzedniego, ambitnie decyduję się stanąć na szczycie. Dzień wcześniej próbowałam wejść na Munczel nieznakowaną ścieżką z połoniny Czufrowej – po przedzieraniu się przez gęsto zarastającą kosówkę zdezorientowana znalazłam się w morzu wysokiej trawy, gdzie ślady czyichś butów zaczęły wyraźnie zanikać. I na tym się skończyło…

IMG_20170928_143642
Oczywista konieczność – pamiątkowe zdjęcie z „szyszką” i słupkiem pogranicznym nr 23!

Tym razem więc udało mi się stanąć na wierzchołku Munczela. Roztaczają się z niego piękne widoki (patrz: zdjęcie po lewej) na Cebulnik oraz Pylce (Bazar), a z drugiej strony grani na połoninę Wielki i Mały Balcatul. Na wierzchołku można zobaczyć pozostałości dwóch bunkrów z czasów II wojny światowej. Inną pamiątką historyczną są tutaj pozostałości zasieków z czasów wojennych (patrz: zdjęcie lewe, dół). Przy schodzeniu warto uważnie patrzeć pod nogi, aby przypadkiem się nie zaplątać. Mimo upływu lat nie straciły na ostrości.

 

DSCN1587
Z wierzchołka Munczela schodzę z powrotem na szlak, który prowadzi przez masyw Dzembroni.
DSCN1589
Gdzieś tam w dole błądziłam 24 godziny wcześniej w poszukiwaniu ścieżki na Munczel. Z góry wszystko zawsze wygląda prościej. 😉

Po kilku godzinach samotnej wędrówki przy kolejnym słupku granicznym spotkałam gadatliwego Czecha. To pierwszy człowiek napotkany od kilku godzin (moi poprzedni towarzysze zeszli nad Jezioro Tomnackie zostawić plecaki, ponieważ planowali tam nocować)! W tak miłym towarzystwie postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę na obiad i herbatę. Jaroslavovi nie zamykały się usta. W tak dziewiczej górskiej scenerii trudno zresztą spotkać człowieka, który nie byłby entuzjastycznie nastawiony do świata i życia. Widoczność chwilowo całkowicie się wyklarowała, podziwialiśmy więc wspólnie odległe Marmarosze i Alpy Rodniańskie. Jaro opowiadał mi wiele o Karpatach w Rumunii, udzielił też kilka cennych wskazówek noclegowych i dojazdowych. Także następnym razem uderzam w… 😉 Tymczasem jednak wymieniliśmy się swoimi adresami mailowymi i „cyknęliśmy” sobie pamiątkowe selfie.

IMG_20170928_151215

Wkrótce kapryśna górska aura znów pokazała swoje mniej łaskawe oblicze. Deniwelacja (obniżenie terenu) między Munczelem a masywem Dzembroni (Дземброня; najwyższy punkt – 1878 m) wynosi ponad 100 m. Kierując się granią dalej na południowy wschód, weszłam w górne piętro chmur (tak, tych widocznych na poprzednich zdjęciach). W związku z tym na Dzembroni opadła mnie gęsta mgła o zmiennej – raz mlecznej, raz siwej – poświacie. Wyglądało to wręcz mistycznie. Właśnie taki „warun” w górach kocham najbardziej. Włóczenie się z głową w chmurach zawsze daje mi poczucie przebywania w alternatywnej rzeczywistości oraz stwarza możliwość oderwania od trosk i problemów. I strasznie żal potem wracać do cywilizacji…

No i tak sobie beztrosko wędruję we mgle płajem przez połoninę Balcatul.

DSCN1606
A końcowy odcinek grzbietu Dzembroni upstrzony jest takimi oto pięknymi skałkami. Musiałam się z nimi uwiecznić!

Kwadrans po godzinie 16 dotarłam do słupka granicznego 19 (nie sugerujcie się godziną zapisaną na zdjęciach; zapomniałam ustawić zegar w aparacie do bieżącej strefy czasowej). Ze względu na późną porę rezygnuję już z wejścia na Popa Iwana (Піп Іван, 2022 m n.p.m.) – zwłaszcza, że byłam na nim dzień wcześniej. Mam świadomość tego, że i tak z Dzembroni (wioski) do chatki u Kuby będę wracać już po zmroku. O zachodzie słońca wolałam być już na dole – w takiej mgle nawet w dzień nietrudno się zgubić.

Poniżej kilka ujęć przebijającego się zza chmur Popa Iwana. Musicie uwierzyć mi na słowo, że on tam jest – razem z ruinami obserwatorium!

„Punktem krytycznym” okazało się przejście Pohanego Misca (Погане Місце) w tych warunkach. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego nazwano je „pohanym”, czyli „złym”. W gęstej mgle tutaj naprawdę można stracić orientację! Starałam się trzymać głównej ścieżki (tak mi się przynajmniej wydawało, że ona istnieje) z kompasem w dłoni, mamrocząc pod nosem: „pamiętaj, północny zachód, północny zachód…”. Wyglądało to mniej więcej tak, jak na zdjęciach poniżej.

DSCN1613
Udało mi się jakoś przebrnąć przez Pohane Misce, a dalej… hurra, coś widać! Dosłownie na chwilę.

Idąc za radą Kuby i w trosce o swoje kolana (miałam za sobą ok. 25 km oraz ponad 1000 m przewyższenia) decyduję się na zejście przez Uchaty Kamień (Вухатий Камень) jako wariant łagodniejszy. Wkrótce okazało się jednak, że był to błąd. Na wysokości 1800-1500 m mgła była tak gęsta, że nawet gęsto namalowane niebieskie znaczki niewiele mi pomogły. W pewnym momencie lekko powiało grozą… Odtwarzając przebieg drogi sprzed dwóch dni, mijałam coraz to kolejne skałki. Zapomniałam jednak, że ścieżka przy skalnej Żabie skręca niemalże pod kątem prostym w prawo. Ja tymczasem chciałam się wpakować dalej, na wprost w dół. Na szczęście rozsądek mi podpowiedział, że coś jest nie w porządku, gdy nagle skończył mi się płaj. Wkrótce udało mi się zlokalizować dalszy bieg ścieżki. W tym czasie dogoniła mnie grupa Estończyków schodzących z Popa Iwana. A razem z nimi… pies, który okazał się moim wiernym towarzyszem podróży kolejnego dnia. Ale o tym za chwilę.

Dalej bez przeszkód zeszłam na połoninę Smotrycz. Mimo późnej pory wolałam się nie spieszyć – zwłaszcza, że dwukrotnie zdarzyło mi się źle stanąć. Za drugim razem moje więzadła zawyły – stwierdziłam więc, że po coś mam w plecaku latarkę czołówkę i wolę wracać przez las w ciemnościach niż ryzykować skręcenie kostki. Do Dzembroni (wioski) dotarłam już o zmierzchu, a dalej musiałam dostać się na grań Kosaryszcza i zejść na noc do chatki u Kuby. Ostatni etap mojej tułaczki wyglądał więc tak…

IMG_20170928_194125_BURST003

No i właśnie – sabaczka… Na zamglonym Pohanym Miscu zgubił się pies. Początkowo myślałam, że był z grupą z Estonii, ale oni okazali się równie silnie zdezorientowani jak ja. Nie mam zielonego pojęcia, skąd  psiakznalazł się tak wysoko… Kiedy zobaczył człowieka z kompasem, stwierdził chyba, że wiem, gdzie idę. W związku z tym zszedł za mną i po psiemu próbował nawiązać znajomość, podgryzając moje trekkingi i rękawiczki. Próbowałam stanowczo dać mu do zrozumienia, że nie mam specjalnej ochoty na jego towarzystwo i takie praktyki. Pies podkulił więc ogon i udawał, że za mną nie idzie. Non-stop słyszałam za sobą dreptanie; gdy jednak odwracałam się, on oczywiście udawał, że to tak przypadkiem… W końcu stwierdziłam, że nie ma to sensu i pozwoliłam mu zejść ze sobą do wioski. Spodziewałam się, że to pies z Dzembroni jednorazowo wypuścił się w wysokie góry i w wiosce nasza wspólna przygoda się skończy. Gdzie tam! Piesek postanowił pójść ze mną do schroniska, a następnego dnia wybrał się ze mną w góry. W lesie po zmroku okazał się bardzo przydatny – skutecznie wystraszył mi dwa lisy (na szczęście tylko lisy…). Wprawdzie znalazłam go na Pohanym Miscu – nie miałabym jednak serca ochrzcić przyjaznego zwierzęcia mianem pohanego. Tymczasowo został więc nazwany Popem Iwanem. A właściwie to Pip Iwan – no w końcu ukraińska sabaczka!

Tak właśnie wyglądał mój pierwszy poważny kontakt z główną granią Czarnohory. Na pewno pozostanie w pamięci na długo. Już myślę o tym, kiedy tam wrócić…

hdr
A na koniec jeszcze jeden niesamowity kadr z Gutin Tomnatka.

Dziękuję pięknie za lekturę tego posta i wspólną wędrówkę płajem przez ocean połonin. Już niedługo kolejna część relacji z Czarnohory – główna grań od Szpyci po Howerlę.

Tymczasem do zobaczenia na szlaku!

Joanna

Reklamy

Czarnohora mych marzeń. Spotkanie z Popem Iwanem i Białym Słoniem

Tym razem nie będę dzielić się wrażeniami z Tatr, lecz z dzikich, prekrasnych Karpat Wschodnich. Ostatni tydzień września spędziłam z dala od cywilizacji i codziennych problemów na strzelistych pagórkach ukraińskiej Czarnohory. Zapraszam na wędrówkę po wysokiej połoninie, gdzie „szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa”. 

Skąd pomysł na Karpaty Wschodnie? Zaczęło się od moich literaturoznawczych zainteresowań, a konkretnie od pisania pracy zaliczeniowej porównującej Barwinkowy wianek Stanisława Vincenza oraz Cienie zapomnianych przodków ukraińskiego pisarza Mychajły Kociubyńskiego. Później była lektura pozostałych części tetralogii Na wysokiej połoninie, czyli wielkiej huculskiej epopei Vincenza. Zaintrygowana literackim mitem Huculszczyzny, powtarzałam sobie, że z pewnością kiedyś zobaczę krainę legendarnego Dobosza i dam oczarować się bezkresowi wysokich połonin. W lipcu, na fali mojego wysokogórskiego nałogu, zrodziła się spontaniczna decyzja o samotnym wyjeździe na Ukrainę. Potem było pospieszne wyrabianie paszportu, poszukiwania starych przewodników, studiowanie mapy i planowanie tras (niekiedy do późnej nocy).

Czarnohora to najwyższe i najchętniej odwiedzane przez turystów pasmo Karpat Wschodnich. Ukraińskie góry są wprawdzie niższe i z profilu łagodniejsze od polskich, lecz zdecydowanie bardziej dzikie i niedostępne. Można odnieść wrażenie, że w tym miejscu czas się zatrzymał – nie ma tutaj tłumów hałaśliwych turystów, wysokogórskich hoteli, parkingów z budkami z piwem oraz elektrycznych kolejek, którymi można wjechać na szczyt. W tym miejscu czas się zatrzymał. Ukraińskie Karpaty to miejsce idealne na ucieczkę od cywilizacji i codziennych problemów, detoks od zdobyczy techniki, wyciszenie się i odzyskanie właściwego rytmu życia. I dzięki temu właśnie ukraińskie Karpaty skradły moje serce. Pierwszym większym celem moich czarnohorskich wędrówek był Pop Iwan Czarnohorski (Піп Іван Чорногорський, 2028 m) wraz z położonymi na jego szczycie ruinami najstarszego polskiego obserwatorium astronomicznego, Białego Słonia

Swoją wędrówkę rozpoczynam tuż przed wschodem słońca z Chatki u Kuby – polskiego schroniska prowadzonego przez Kubę Węgrzyna – muzyka z wykształcenia i alpinistę z zamiłowania. Chatka położona jest malowniczo pod niewysoką górką Kosaryszcze (1148 m). Z ciepłej kuchni na połoninę wychodzę tuż przed wschodem słońca – dzięki temu mogę obserwować, jak w górach wstaje dzień. Nad huculskimi wsiami ściele się urocze morze mgieł. Wkrótce dziarskim krokiem schodzę w stronę jednej z nich – Dzembroni.

DSCN1249

Dzembronia, do 2009 r. zwana Beresteczkiem, to jedna z małych huculskich miejscowości położonych w rejonie wierchowińskim obwodu iwanofrankowskiego. Na pewno warto zatrzymać się na chwilkę, aby zobaczyć piękną cerkiew i Soryczkową Kaplicę. A także porozmawiać z miejscowymi ludźmi, którzy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów.

W centrum wsi zaczyna się niebieski szlak, prowadzący na połoninę Smotrycz. Przy okazji zaznaczę, że w przypadku ukraińskich Karpat określenie „szlak” jest pojęciem bardzo umownym, powinno się raczej mówić o ścieżkach. Przez rozległe połoniny biegnie mnóstwo ścieżek wydeptanych przez ludzi i zwierzęta, każda w inną stronę. Zgubić się nietrudno, dlatego obowiązkowym wyposażeniem plecaka odpowiedzialnego turysty powinny być dokładna mapa i dobry kompas. Droga prowadząca na Popa Iwana jest jedną z nielicznych tak dobrze oznakowanych. Początkowo niewiele widzę, ponieważ otacza mnie gęsta mgła. Wkrótce jednak na niebie pojawia się okno pogodowe.

DSCN1254

Po godzinie szybkiego marszu dochodzę do połoninnej stai (owczarnia). W międyczasie słońce przedarło się przez gęstwinę chmur. Teraz krajobraz prezentuje się już bardzo zachęcająco.

Dalej szeroka i wyraźna ścieżka prowadzi przez piętro dolnego i górnego regla, a potem przechodzi w kosówkę. Po drodze mijam malowniczy wodospad pod Smotrecem (zwany też wodospadem pod Iliuchową). Z głównej ścieżki nie jest on w pełni widoczny, postanawiam więc po śliskich kamieniach podejść bliżej. Warto, ale miejscami trzeba uważać – łatwo wpaść w poślizg!

Wkrótce wychodzę na przepiękną, cudowną połoninę. Ukraińskie Karpaty najpiękniej wyglądają właśnie wczesną jesienią, gdy trawy zaczynają już żółknąć i brunatnieć. Otwarta przestrzeń połonin urzeka swoim bezkresem; pozwala poczuć prawdziwą wolność i wiatr we włosach. Tym bardziej, że na czarnohorskich szlakach ludzi spotyka się (na szczęście!) zdecydowanie rzadziej niż w polskich górach.

DSCN1279

DSCN1281

Na Popa Iwana z połoniny Smotrycz prowadzą dwa niebieskie szlaki – jeden wiedzie przez połoninę Iliuchową (tym właśnie wchodziłam), drugi natomiast przez połoninę Munczel (to był mój wariant zejściowy). Cechą charakterystyczną krajobrazu jest ogromne bogactwo pięknych skalnych wychodni i ścian. Możecie zobaczyć je na zdjęciach poniżej.

Najbardziej znane „skałki” z połoniny Iliuchowej to Żaba oraz Uchaty Kamień (Wuchatyj KamienВухатий Камень, 1850 m), zwany także Dziadem i Babą (Dido i Baba, Дідо і Баба). Nazwa skały pochodzi oczywiście od charakterystycznego skalnego „ucha”, widocznego już z daleka. Według legendy Kamień miał niegdyś dwoje uszu, lecz jedno z nich zostało oderwane przez pocisk artyleryjski podczas I wojny światowej.

DSCN1289
Dumna eksploratorka Czarnohory na grzbiecie Żaby, z Uchatym Kamieniem w tle. Autorem zdjęcia jest pewien sympatyczny górołaz z Ukrainy.

Ścieżka prowadzi dosyć stromo między widowiskowymi skałami. Trochę dalej dwa niebieskie szlaki łączą się ze sobą i dalej prowadzi już żółty szlak na przełęcz Sidlowina (Сідловина, 1763 m), w przewodniku Kuby zwaną także przełęczą pod Kwadratem. „Kwadratem” zwie się ruiny schroniska Akademickiego Zrzeszenia Sportowego Warszawa, wybudowanego w latach 1932-39. Niegdyś było to najwyżej położone schronisko w Polsce (na wysokości 1700 m n.p.m.). Jego pozostałości położone są nieco poniżej szlaku, niedaleko źródełka Porohylca. Niestety nie posiadam zdjęcia – przyznaję szczerze, że nie chciało mi się schodzić z przełęczy.

Z Przełęczy pod Kwadratem na Popa Iwana już „tylko” 2,7 km, czyli ok. 1 h 15 min. Muszę przyznać, że Czarnohora jest sporym wyzwaniem kondycyjnym ze względu na duże odległości kilometrowe. Ścieżki graniowe są zdecydowanie dłuższe niż w Tatrach! Moje ambitne, długodystansowe plany zdecydowanie przegrały w konfrontacji z rzeczywistością. Generalnie Czarnohora dała mi przysłowiowego prztyczka w nos.

A tuż za przełęczą czai się widoczne na zdjęciu poniżej Pohane Misce (Погане Місце), czyli – na polski tłumacząc – „złe miejsce”.

 

DSCN1307
Z przełęczy przez Pohane Misce na główną grań. Czarny punkcik widoczny w dali to ruiny obserwatorium astronomicznego na szczycie Popa Iwana.

Wygląda całkiem niewinnie, prawda? Ale tylko przy stabilnej pogodzie i dobrej widoczności! Ten czarnohorski trójkąt bermudzki słynie z nagłych załamań pogody i gwałtownych burz. A już szczególne trudności nastręcza we mgle. Na tak otwartej, nieograniczonej przestrzeni nawet nieduże zachmurzenie może przybrać postać gęstego „mleka”. Wówczas Pohane Misce czyni spore trudności orientacyjne, ponieważ przecina je kilka wydeptanych ścieżek, z których każda prowadzi w inną stronę. Zaledwie dwa dni później zrozumiałam, co znaczy znaleźć się na Pohanym Miscu we mgle. Z trudnej sytuacji wyszłam obronną ręką dzięki świeżej pamięci biegu ścieżki oraz kompasowi, który zawsze miałam przy sobie. Bez możliwości sprawdzenia kierunku mogłabym jednak mieć duże trudności z utrafieniem z powrotem na szlak.

Dla porównania zamieszczam wyżej zdjęcia Pohanego Misca we mgle. Można poczuć silną dezorientację, prawda?

 

DSCN1316
Dalej przez Pohane Misce, a do Popa Iwana coraz bliżej.

Po drodze mijam urocze, polodowcowe jeziorko (po prawej) i w końcu dochodzę do głównej grani. Tutaj wita mnie bardzo przyzwoicie opisany szlakowskaz z podanymi kilometrami i czasami przejścia.

DSCN1327
A z głównej grani już tylko 40 minut podejścia na szczyt Popa Iwana. Przede mną wznoszą się wyraźnie już widoczne ruiny Białego Słonia.

Przede mną wznosi się wierzchołek Popa Iwana Czarnohorskiego (Піп Іван Чорногорський, 2028 m) z masywną bryłą Białego Słonia.  Obserwatorium Astronomiczno-Meteorologiczne Uniwersytetu Warszawskiego, wybudowane w 1938 r., niegdyś było najwyżej położonym tego typu budynkiem w Polsce. Huculi, nie widząc sensu stawiania tak nieużytecznej budowli za duże pieniądze, ironicznie nazywali go „Białym Słoniem”. Podczas wojny Rosjanie prowadzili tutaj badania, przez krótki czas na Popie Iwanie stacjonowały także wojska węgierskie. Po zakończeniu wojny budynek niszczał, w XXI w. zdecydowano się podjąć próbę jego renowacji. Przed wyjazdem czytałam także o inicjatywie otwarcia w ruinach obserwatorium polsko-ukraińskiej stacji ratownictwa górskiego, jednak po wizycie na szczycie stwierdzam: ani widu, ani słychu. A szkoda, ponieważ takie inicjatywy mają ogromne znaczenie – zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa turystów, jak i budowania dialogu i współpracy między narodami.

DSCN1328

Ze szczytem Popa Iwana związanych jest wiele legend. Według jednej z nich znajdowała się tutaj kryjówka sławnego rozbójnika Dobosza, którego przygody opisywał Vincenz w cyklu Na wysokiej połoninie. Poniżej jeszcze kilka ujęć ze szczytu i okolic…

Z Popa Iwana można ruszyć dalej czerwonym szlakiem w stronę głównej grani Czarnohory, zejść zielonym szlakiem przez jezioro Mariczejka do wsi Szybene, a także… uskutecznić wycieczkę niestandardową. Ze szczytu doskonale widać Karpaty Marmaroskie i Czywczyny. Widoki zachęcają do zapuszczenia się w tamte rejony. Pasma Marmaroszy i Czywczyn tworzą już jednak granicę z Rumunią, w związku z czym taka wycieczka wymaga uzyskania zezwolenia w jednym z oddziałów Straży Granicznej. „Legalnie” z Popa Iwana można dojść jeszcze na Stoha (Стій, 1651 m), gdzie kończy się pasmo Czarnohory. A ze Stoha po uzyskaniu pozwolenia od prikordonnych można zawędrować na Hnitessę lub Popa Iwana Marmaroskiego. Przyznam, że oba te warianty wędrówkowe są dla mnie bardzo kuszącą perspektywą. Marmarosze i Czywczyny mają w moich górskich planach priorytet szybkiego urzeczywistnienia.

DSCN1332

DSCN1333
Tutaj właśnie zaczyna się zielony szlak, prowadzący do wsi Szybene.

Zauważyłam, że cechą charakterystyczną Czarnohory są gęste mgły, wędrujące nad granią „wały” chmur oraz silne wiatry. Podczas podejścia na Popa Iwana chwilami miałam problem z utrzymaniem się w pionie, ze względu na bardzo porywisty wiatr. Już na szczycie patrzyłam z niepokojem na rozwój sytuacji pogodowej. Halny przywiał nad grań ciemne chmury praktycznie znikąd – na szczęście nie wyglądały one groźnie. Wicher zaczął przewiewać je na zachodnią stronę grani – widać było, że za jakiś czas znów będzie piękna i słoneczna pogoda. Tymczasem jednak niebo wyglądało jak na zdjęciach poniżej…

IMG_20170926_130434
Nieco przerażająca panorama ze szczytu Popa Iwana.
DSCN1341
A nad główną granią już działo się tak…

Ciemne chmury zaczęły pięknie się kłębić – samo piękno!

DSCN1352
Chyba nikt nie zaprzeczy, że Pop Iwan widziany w TAKIEJ scenerii tchnie majestatem.

Przy zejściu z Popa Iwana decyduję się wykorzystać drugi wariant niebieskiego szlaku, prowadzący przez szczyt Smotrycz (Smotrec, Смотрич, 1894 m). Smotrec jest szczytem dwuwierzchołkowym i „nastroszonym” licznymi skałkami o fantazyjnych kształtach. Jeżeli zboczymy ze szlaku i będziemy uważnie się rozglądać, w pobliżu grani Smotreca można wypatrzeć ślady okopów i umocnień z czasów II wojny światowej oraz pozostałości po zasiekach. To także jedna z cech charakterystycznych Czarnohory – na głównej grani spotkać można mnóstwo śladów współczesnej historii.

Na północ od grani Smotreca rozpościera się Połonina Munczel, gdzie w 1916 r. rozegrała się jedna z bitew I wojny światowej. W kierunku południowo-wschodnim odchodzi natomiast zanikający płaj w kierunku Stajek (Wielkich i Małych), również zwieńczonych ciekawymi szczytowymi skałkami. Ścieżka wiodąca przez Stajki i Skoruszny do wsi Szybene zachęca do eksploracji, jednak w ramach oswajania Czarnohory i rozpoznania terenu grzecznie schodzę niebieskim szlakiem. Walory widokowe drugiego wariantu są nie mniejsze niż na trasie wiodącej przez Uchaty Kamień.

Nieco poniżej „skałek” ścieżka zagłębia się w wysokiej, gęstej kosówce. Pytanie konkursowe – czy ktoś widzi tutaj ścieżkę?! No właśnie… 😉 W polskich górach, na szlakach wydeptanych milion razy wzdłuż i wszerz, takich atrakcji nie ma. A ja przez tę kosodrzewinę naprawdę musiałam się przedzierać. Wyszłam z tego starcia solidniepodrapana.

Wkrótce wychodzę na polanę, gdzie znajduję ślady niedawno rozpalonego ogniska. Ścieżka na chwilę wchodzi w las, aby potem znów wyprowadzić mnie na otwartą przestrzeń. I znowu – czy ktoś widzi tutaj wydeptaną ścieżkę?.. No właśnie. 😉 Chwilami gubi się w trawie, a znaków tutaj niewiele (bo na czym je namalować – na trawie?). Przy ładnej pogodzie i dobrej widoczności nie stanowi to problemu, ale dla niektórych mało obytych „turystów” pewnie byłby to mały szok kulturowy. Ta pierwotność Czarnohory była jedną z przyczyn, dla których ukraińskie góry szybko skradły moje serce.

Z połoniny Smotrycz schodzę ku Dzembroni, po drodze spotykając element animalny w postaci stada pasących się krów. Na Huculszczyźnie wciąż żywa jest kultura pasterska, a miejscowy górali są bardzo życzliwi i gościnni.

DSCN1384

W Dzembroni zatrzymuję się na chwilę, aby dopić ciepłą herbatę z termosu i ruszam znowu pod górę. Czeka mnie jeszcze powrót na noc do Chatki u Kuby. Kierując się żółtym szlakiem, wchodzę w las, następnie mijam Horby i cmentarz UPA i kieruję się prosto na grań Kosaryszcza. Na poniższym zdjęciu po prawej widzicie charakterystyczny element huculskiego krajobrazu, czyli przełazkę. Jej zadaniem jest powstrzymanie bydła i owiec przed rozejściem się po przestrzeni połoniny. Ludzie oczywiście mogą normalnie przez taką przełazkę przejść – należy jednak pamiętać o zamknięciu jej za sobą!

hdr
Nad Kosaryszczem powoli zapada zmrok…

Na zakończenie owocnego dnia zamarzył mi się jeszcze zachód słońca nad Kosaryszczem. Zachmurzenie było jednak zbyt duże, aby móc zobaczyć barwny spektakl. Chociaż w takiej mrocznej odsłonie Karpaty też są przepiękne…

 

Postscriptum. Na zakończenie – akcent towarzyszki. Czarnohora to nie tylko piękne krajobrazy, ale przesympatyczni ludzie. Na ukraińskich szlakach obowiązuję zupełnie inna kultura niż w Polsce. Wędrowcy prawie zawsze pozdrawiają się nawzajem i zamieniają ze sobą kilka słów. Na Połoninie Smotrycz poznałam trzy sympatyczne ukraińskie studentki: Tatianę, Sofiję i Bohdanę, zmierzające nad jezioro Mariczejka. Dogoniły mnie w momencie, gdy ja schodziłam już z Popa Iwana na przełęcz Sindlowec. Dziewczyny myślą o wizycie w polskich Tatrach, o które bardzo dokładnie mnie wypytywały. Oczywiście zachęciłam je do odwiedzin naszego pięknego kraju i zobowiązałam się pełnić rolę przewodnika.

IMG_20170926_142129

Dziękuję pięknie za lekturę tego posta i zachęcam do śledzenia kolejnych relacji z moich zmagań z Czarnohorą! Pop Iwan to jedynie zajawka największej atrakcji, czyli głównej grani. Gdy tylko uda mi się znaleźć dłuższą chwilę wolnego czasu, opiszę swoją wizytę na pozostałych czarnohorskich kolosach.

Tymczasem do zobaczenia na szlaku!

Joanna

Granią Rohaczy, czyli Orla Perć Tatr Zachodnich

Podczas mojej pierwszej, ubiegłorocznej wizyty na Rohaczach widok ostrej szpicy skalnego konia wprawił mnie w drżenie i trwogę. Wtedy powiedziałam sobie: „na pewno tędy nie wracam!” Podczas drugich odwiedzin (w czerwcu tego roku) strach ustąpił miejsca ekscytacji i przejście skalnego konia w obu kierunkach było dla mnie solidnym zastrzykiem siły i pewności siebie. Podczas trzeciej wycieczki postanowiłam wreszcie przemierzyć całą grań Rohaczy aż do Banikova. Witajcie na „Orlej Perci Tatr Zachodnich”!

Tego dnia (24 sierpnia) pogoda zapowiadała się przecudowna (bezchmurne niebo, słonecznie), w planach więc była Orla Perć. Niestety, gdy w środę wieczorem siedziałam już w busie do Zakopanego, dosłownie zmroziła mnie nagła wieść o opadach śniegu w Tatrach. Znalezione na Facebooku zdjęcie małego bałwanka ulepionego na Świnicy skłoniło mnie do zmiany planów. Ostatecznie stwierdziłam, że może jednak niech zostanie Orla Perć, ale ta słowacka, w Tatrach Zachodnich.

O godzinie 7 rano wysiadam z busa na Siwej Polanie (zdjęcie po lewej), poprzez zakup biletu w budce TPN-u „loguję się w systemie” i raźnym krokiem rozpoczynam marsz zielonym szlakiem przez las. W rześkim chłodzie poranka czuć zmianę mikroklimatu, jaka miała miejsce w ciągu ostatnich kilku dni. Górskie powietrze lekko mrozi. W drodze przez las towarzyszą mi piękne widoki turniczek z pamiątkowymi tablicami i szum Chochołowskiego Potoku (zdjęcie środkowe). Po godzinie z hakiem rozgrzewającego spacerku (7,5 km już w nogach!) docieram do Polany Chochołowskiej, gdzie znajduje się schronisko PTTK. Mimo wczesnej pory w najlepsze trwa już widoczny na zdjęciu po prawej „wypas kulturowy owiec” (bo w Zakopanem i okolicach wszystko jest „kulturowe”, komercyjno-kulturowe 😉 ).

 

Po krótkiej wizycie w schronisku wyruszam na Wołowiec (Volovec, 2063 m) szczyt na granicy polsko-słowackiej. Do dyspozycji są dwa warianty wejściowe – dłuższy prowadzi żółtym szlakiem na GrzesiaLúčna, 1653 m), dalej pagórkami na Rakonia (Rákoň, 1879 m), a stamtąd szlakiem niebieskim przez przełęcz Zawracie prosto na szczyt Wołowca. Polecam tę trasę ze względu na przewspaniałe walory widokowe! Tym razem jednak, nie chcąc tracić czasu na podejściu, wybieram wariant krótszy – zielony szlak prowadzący przez Wyżnią Dolinę Chochołowską nieco stromo prosto na Zawracie, gdzie przechodzi on w niebieski szlak na Wołowiec. Poniżej kilka zdjęć z podejścia.

Wychodzę na przełęcz Zawracie (1863 m). Po prawej widzę wznoszące się łagodnymi pagórkami zbocze Rakonia (poniżej zdjęcie lewe), a przed sobą końcowe, kondycyjnie dosyć męczące podejście na masyw Wołowca (poniżej zdjęcie prawe). Muszę przyznać, że o wiele lżej wchodzi się tutaj zimą po śniegu.

 

DSCN0484
Wychodzę na przełęcz, a tam prześliczna panorama grani Rohaczy. Od lewej: Trzy Kopy, Hruba Kopa, Pachoł, Spalona Kopa, Salatyński Wierch i Brestowa.

Jednakże mój wzrok przykuwają przede wszystkim dzikie, przepiękne Rohacze! W świetle porannego słońca delektuję się widokiem groźnego Rohacza Ostrego (2088 m) i Rohacza Płaczliwego (2125 m).

DSCN0483

Fantazje fantazjami, w tej chwili jednak dopiero staję na Wołowcu. Wołowiec (słow. Volovéc, 2064 m) to szczyt-zwornik dla trzech grani: grani Wołowca z Grzesiem i Rakoniem, grani Tatr Zachodnich oraz interesującej nas szczególnie grani Rohaczy. Kopulasty szczyt zbudowany jest ze skał metamorficznych (alaskity i mylonity). Z pewnością jest to jedno z piękniejszych widokowo miejsc w Tatrach Zachodnich. Przy okazji obalę mit o tym, że w tym rejonie pogoda nam niestraszna – Wołowiec słynie z gwałtownych burz. Ponadto po kilkukrotnej wizycie o różnych porach roku ostrzegam, że na szczycie prawie zawsze okropnie „duje”. Przeważnie wchodzę zgrzana na krótki rękaw, a po osiągnięciu wierzchołka od razu zakładam kurtkę. Można stąd wyruszyć czerwonym szlakiem graniowym w polskie Tatry Zachodnie – na Łopatę, Jarząbczy Wierch, Kończysty Wierch, a dalej – jeśli starczy sił – na Starobociański Wierch i Ornak. Ja jednak wybieram dzisiaj wędrówkę w kierunku odwrotnym – na słowacką grań Rohaczy. Jeżeli ktoś chciałby spróbować wkrótce swoich sił w trekkingu zimowym – Wołowiec wbrew pozorom jest stosunkowo łatwym celem na pierwsze wysokie wejścia z rakami i czekanem.

IMG_20170824_103009
Panorama z Wołowca z widokiem na grań Tatr Zachodnich. Najwyższy widoczny stąd szczyt to słowacka Bystra (2248 m)!

hdr

DSCN0492

Pewnym krokiem schodzę w stronę Jamnickiej Przełęczy (Jamnickie Sedlo). Przede mną pięknie prezentuje się mój ulubiony Rohacz Ostry (Ostrý Roháč, 2088 m). Podelektujmy się przez chwilę tym pięknym widokiem przed dalszą penetracją grani, a w tzw. międzyczasie kilka słów wyjaśnienia. Skąd w ogóle miano „słowackiej Orlej Perci”? Generalnie Tatry Zachodnie mają profil geomorfologiczny całkowicie odmienny od Tatr Wysokich. Zbudowane są głównie ze skał piaskowych, czemu zawdzięczają swój łagodny wygląd wielkich, zielonych pagórków. Jest tutaj zdecydowanie mniej ekspozycji, przepaści i ostrych skał, za to mnóstwo przestrzennych panoram, kozic, zieleni i przede wszystkim pustki na szlakach (nawet w sezonie!) ;). I za to właśnie kocham Zachodnie. Niech nie zmyli Was jednak łagodny wygląd tych gór – grań Tatr Zachodnich to spore wyzwanie kondycyjne! Sporo kilometrów jest do przejścia…

DSCN0496
Jestem trochę powyżej Jamnickiej Przełęczy, za mną piękny Wołowiec. I to jest właśnie profil szczytów charakterystyczny dla Tatr Zachodnich!

Rohacze są jednak unikalnym zjawiskiem w tym regionie. Na czerwonym szlaku można spotkać oczywiście łagodne trawersy, jak to w Zachodnich. Niektóre fragmenty grani to jednak silnie poszarpane skały krystaliczne, przypominające granity Tatr Wysokich. Na tym szlaku musicie więc przygotować się przede wszystkim na odcinki strome i niebezpieczne, ubezpieczone nielicznymi łańcuchami, wymagające umiejętności wspinaczkowych. No i przede wszystkim na niezwykle efektowne przepaście, które niedoświadczonych mogą przyprawić o zawrót głowy. Ale o jednej z nich za chwilę. 😉

Tymczasem zaczyna robić się coraz bardziej stromo… Nie będę ukrywać, że ten fakt wprawia mnie w zachwyt i prawdziwą ekstazę. A największa atrakcja dnia już dosłownie za moment…

DSCN0501
Szanowni Państwo, oto przed nami staje dęba słynny Rohacki Koń!

Najbardziej widowiskowym i zarazem najtrudniejszym odcinkiem grani jest prowadzący na wierzchołek Rohacza Ostrego koń skalny, zwany Rohackim Koniem. Jest to bardzo stromy, około 10-metrowy fragment grani, od strony południowej podciętystromą granitową płytą (tą stroną właśnie się go przechodzi), od strony północnej natomiast urywa się pionową ścianą. Miejsce jest niezwykle emocjonujące, ponieważ po obu stronach znajdują się bardzo przepaściste urwiska. Upadek w tym miejscu może skończyć się skutkiem śmiertelnym.

DSCN0502
No to i-haaaa! Zaraz będę ujeżdżać Rohackiego Konia. Pan nade mną znalazł w mojej osobie wdzięczny obiekt do efektownej fotografii. Jeśli już bawić się w modelkę, to tylko na koniu!

Skąd taka nazwa? Przed wytyczeniem w tym miejscu szlaku turystycznego taternicy pokonywali skalnego konia, siadając na nim okrakiem niczym na grzbiecie wierzchowca. Aktualnie miejsce to jest ubezpieczone łańcuchami. Można ujeżdżać skalnego konia na dwa sposoby. Pierwszy wariant: trzymamy się mocno rękami łańcucha, a nogi stawiamy równolegle do skały na znajdujących się poniżej wąskich półeczkach. Szłam tak podczas mojej pierwszej przygody z Rohaczami – według mnie jest to opcja dużo trudniejsza i bardziej niepewna. Proponuję więc wariant drugi: lawirowanie nieco powyżej łańcucha – jest tam wystarczająco dużo miejsca na nogi, a rękami można trzymać się skalnych ostrzy końskiego grzbietu. Skała (zwłaszcza granit) zawsze daje pewniejszy chwyt niż łańcuch. No to i-haaa!

DSCN0503
Rohacki Koń już za mną. Pięknie prezentuje się z tej perspektywy, prawda? Musicie przyznać, że jest gdzie spaść. 😉

Rohacki Koń to jedno z moich ulubionych tatrzańskich miejsc, jednak przyznam szczerze – nie wyobrażam sobie okiełznania go zimą. A są śmiałkowie, którzy to czynią! Jako dowód przytoczę fragment relacji majora Mariusza Zaruskiego – pioniera polskiej zimowej turystyki wysokogórskiej i jednego z założycieli TOPR-u. W swoich pamiętnikach Na bezdrożach tatrzańskich (1923) opisał on wspinaczkę granią Rohaczy następująco:

„Schodzimy szybko z Wołowca, na przełęcz, wiążemy się linami po trzech na jednej linie i zaczynamy się wznosić. Jeszcze groźniejszy stąd Rohacz! Szreń pod nogami, mróz tęgi. Czekany w robocie, twardo dzwonią ich razy po lodzie – pobudkę grają… […] Znowu szreń, ścianka śnieżna, skałki, znów zamek – tuż blisko szczyt. Więc koń! Koń skalny – najtrudniejsze miejsce w grani Rohacza Ostrego – to wąska grań, ścięta pionowo od strony Doliny Rohackiej, a bardzo stromo od Jamnickiej; latem pomimo dużej ekspozycji nie nastręcza żadnych większych trudności. Lecz teraz grani nie widać; jest grań wprawdzie – jak nóż giganta obrócony ostrzem do góry – biała grań śnieżna, w powietrznej głębi rzucona na podobieństwo mostu między dwoma cyplami wierzchołka. Asekurując się linami, ostrożnie czołgamy się po tym moście bajecznym a cała uwaga każdego z nas skupiona jest w jednym ognisku, w jednym życzeniu: jeżeli most nie wytrzyma mego ciężaru i pode mną się skruszy, mam spadać tak, ażebym nie przechylił się ku żadnej stronie przepaści i na grani pozostał; każdy wyczuwa środek ciężkości i posuwając się grzbietem konia, przechyla się to w tę, to w ową stronę otchłani.”
Mariusz Zaruski, Granią Rohaczów w zimie w: Na bezdrożach tatrzańskich

Pełny opis tego historycznego przejścia w wersji internetowej znajdziecie TUTAJ. Lepiej jednak nie próbujcie tego w domu… 😉

DSCN0506
Koniecznie chciałam pokazać zmagania jakiejś nieszczęsnej istoty ludzkiej z koniem, wkrótce więc także znalazłam sobie modela.

Koń już za mną (na zdjęciu po lewej jeszcze szczerzy pysk), a od wierzchołka dzieli mnie jeszcze ok. pięciometrowy, pionowy kominek skalny.

DSCN0510
Rohacz Ostry ma dwa wierzchołki, rozdzielone Rohacką Szczerbiną. Stoję właśnie na szczycie pierwszego.
DSCN0509
Po chwili czas jednak ruszać dalej. Przede mną wznosi się szczyt bliźniak – Rohacz Płaczliwy (Placlive, 2125 m).

Po chwili kontemplacji pięknych widoków podejmuję dalsze zmagania z granią Rohaczy. Na zdjęciu po lewej kolejny kilkumetrowy kominek skalny, którym schodzę w dół na Rohacką Przełęcz. Osobom niewysokim może on sprawić nieco problemu, ponieważ mało jest tutaj pewnych stopni na nogi. Po prawej natomiast rozpościera się przepiękna, poszarpana grań Rohacza Ostrego.

DSCN0520
I jak tu nie kochać Rohacza Ostrego?! A w dali poczciwy Wołowiec…

Wędrówka granią Rohaczy to jednak nie tylko niezapomniane wrażenia z graniowania i szczytowania, ale także niespotykane piękno polodowcowych dolin i jeziorek. Zobaczcie sami, jak pięknie z wysokości ok. 2100 m prezentuje się Rohacka Dolina, a w niej Rohackie Stawy (Roháčske plesá).

Po około 30 minutach nieco stromego podejścia piarżyskiem z drobnymi kamulcami osiągam wierzchołek Rohacza Płaczliwego (2125 m). Tutaj czas na popas i ładowanie akumulatorów przed dalszymi wyzwaniami. W moim przypadku wysokogórskim „klasykiem” jest pamiątkowe zdjęcie z żeliwną tabliczką Plačlivé (patrz: zdjęcie po lewej). Za mną ciągnie się dalsza część grani Rohaczy (patrz: zdjęcie po prawej).

No i koniecznie nieco bardziej „hardkorowe” zdjęcie. Jeśli dobrze się przyjrzycie – widać, że stoję nad przepaścią. 😉 Rohacz Płaczliwy widziany od strony swojego brata bliźniaka tchnie majestatem i kopulastą łagodnością, ale to tylko pozory! Jego północne ściany opadają stromą zerwą o długości ok. 250 m do polodowcowego kotła Smutnej Doliny.

IMG_20170824_124132

DSCN0530
Całkiem ładny kawałek grani już za mną… Pięknie i dumnie prezentuje się iglica Ostrego Rohacza z dystansu.
DSCN0534
A przede mną dalsza wędrówka przez Smutne Turniczki na Smutną Przełęcz. Pewnie widzicie jasny zygzak przecinający w poprzek kocioł polodowcowy pod Hrubą Kopą. W tym miejscu prowadzi zejście do przeuroczej Smutnej Doliny. Na pierwszą przygodę z Rohaczami polecam zejście tym szlakiem – widoki są fantastyczne!

Dalej schodzę łagodną, wijącą się, piarżystą ścieżynką na Smutną Przełęcz (Smutné sedlo, 1963 m n.p.m.) 

DSCN0541
A to jest właśnie Smutna Dolina – wielki kocioł polodowcowy z rozległymi zwaliskami granitowych skał, pozostałościami po procesach lodowcowych i licznych schodzących tutaj lawinach. Dolina jest unikalnym fenomenem na tej wysokości, ponieważ ma charakter typowo alpejski. Niemalże żadnej roślinności!
DSCN0542
Ja jednak zmierzam dalej czerwonym szlakiem na Trzy Kopy (Tri Kopy), czyli…
DSCN0543
… Przednią Kopę (Prvá kopa), Drobną Kopę (Druhá kopa) i Szeroką Kopę (Tretia kopa). A dalej widać Hrubą Kopę, ale to już osobna historia.

Trzy Kopy (Tri Kopy) to nazwa mocno poszarpanej grani o trzech kulminacjach: Przedniej Kopie (2136 m), Drobnej Kopie (ok. 2090 m) oraz Szerokiej Kopie (również ok. 2090 m). Niegdyś zwano je Trzema Rohaczami lub Smreckimi Rohaczami. Turyści i autorzy przewodników bardzo często zwracają uwagę na trudność tego przejścia, wymagającego od turystów dużego doświadczenia i odporności na ekspozycje. Przyznam szczerze, że mimo zachwytu pięknem widoków nie miałam w tym miejscu wrażenia szczególnego „hardkoru”, aczkolwiek… widoki miejscami były bardzo… przestrzenne, czy też raczej przepaściste. 😉 Tak Jan Alfred Szczepański w artykule Pół wieku Karpat opisywał swoje wrażenia ze wspinaczki tą częścią grani w 1922 r.:

„I oto teraz posuwamy się po głazach i trawkach nieznaną granią, zadziwiająco skalistą, i szczyt mijamy po szczycie, o których ani nam się śniło wiedzieć, które nie weszły jeszcze do tatrzańskiej literatury. Tu i ówdzie odstrzelały igły i dzioby i grzbiet najeżał się trudnościami: wysokogórska grań, dająca taternickie emocje. Jednomyślnie zgadzamy się, że to łańcuch piękniejszy niż Rohacze.”

Jakby na potwierdzenie tych słów zaraz nastąpił trudniejszy fragment grani – kilkudziesięciometrowa szczerbina ubezpieczona łańcuchem. Przysiadłam na chwilę na kamieniu widocznym na zdjęciu po lewej, aby przepuścić wchodzących pod górę Słowaka z na oko dziesięcio-, może jedenastoletnim synem. Generalnie nie jestem zwolenniczką ciągania dzieci na trudne tatrzańskie graniówki, ale muszę przyznać, że mały mimo lekkiego stracha bardzo dobrze sobie radził. I przede wszystkim miał rozsądnego opiekuna…

DSCN0546
A to są właśnie te „przestrzenne” widoki. Miód na duszę!
DSCN0547
Przednia Kopa z łańcuchem już za mną.

Na dwóch kolejnych Kopach również turystom towarzyszą łańcuchy, które jednak można w niektórych miejscach bez problemu ominąć. Niektórzy czują się przytłoczeni ciężarem granitu i wędrują tutaj niemalże na czworakach… 😉 Lojalnie ostrzegam, że widoczny na zdjęciu po prawej kominek jest nieco problematyczny dla osób niskiego wzrostu. Da się jednak przeżyć.

DSCN0552

Wkrótce schodzę w okolice Hrubej Przehyby, skąd czeka mnie podejście na Hrubą Kopę (Hrubá kopa, 2166 m), zwaną również Basztą. Ze szczytu roztacza się piękny widok na ostre Trzy Kopy (patrz niżej, zdjęcie po lewej) oraz na dalszą część grani. Czerwony szlak powiedzie mnie przez Przełęcz nad Zawratami na Banówkę – finalny cel mojej podróży (patrz niżej, zdjęcie po prawej).

DSCN0566
Jednym z bardziej charakterystycznych miejsc w grani Banówki jest tzw. Igła (Baníkovská ihlá). Cudo! Poniżej jeszcze kilka ujęć z innej perspektywy.

Przed szczytowaniem czeka mnie jeszcze cudowny spacerek poszarpaną, ubezpieczoną łańcuchami granią Banówki. W wielu przewodnikach po Tatrach Słowackich jest ona uznawana za jedno z najtrudniejszych miejsc w tej części Karpat. Nie będę ukrywać, że jestem zachwycona. Czuję się jak dzieciak w sklepie z zabawkami. Cudo!

hdr
I w końcu cel osiągnięty. Banikov!

Banówka (Banikov, 2178 m) to czwarty co do wielkości szczyt Tatr Zachodnich, kończący grań Rohaczy. Zbudowany jest ze skał krystalicznych zwanych granodiorytami rohackimi. Polska nazwa szczytu to adaptacja liptowskiej Banovki, która swój źródłosłów wiedzie z kolei od bani, czyli po dawnemu kopalni. W XVIII w. poszukiwano tutaj źródeł żelaza. Na północnych zboczach znajdują się siedliska rzadkich roślin alpejskich, m. in. jaskra alpejskiego i goryczki przezroczystej. Widoki stąd przewspaniałe, zwłaszcza przy tej pogodzie!

IMG_20170824_155749
Pełna panorama z Banówki.
DSCN0585
Dalej szlak prowadzi przez Banikowską Przełęcz (widoczna na dole) na pięknego Pachoła i dalej na Salatyny. To już jednak podróż na całkiem inną okazję…
DSCN0586
A pode mną Dolina Żarska (Žiarska dolina) – jedna z najmniejszych walnych dolin tatrzańskich.

DSCN0587DSCN0590DSCN0594

Po półgodzinnym, zasłużonym posiłku schodzę z Banówki na Banikowską Przełęcz (Baníkovské sedlo, 2040 m) rozdzielającą Banówkę i Pachoła. Stąd czerwony szlak wiedzie dalej na Salatyny, czyli: Salatyńską Kopę, Mały Salatyn, Salatyński Wierch i następnie na Brestową. To jednak już trasa na zupełnie inny dzień… Czeka mnie jeszcze zejście do parkingu pod Spaloną Doliną, a stamtąd zadanie złapania transportu samochodowego do Polski (busy na tej trasie nie kursują). Jak się później okazało, jest to zadanie niełatwe, chociaż połowa aut na parkingu miała polską rejestrację. 😉

Schodzę żółtym szlakiem przez Dolinę Spaloną do polany Adamcula, a stamtąd jeszcze kawałek wędruję asfaltem na parking Pod Spalenou. Tracąc sukcesywnie wysokość podczas zejścia, mogę podziwiać polodowcowe dziwa Spalonej Doliny. Na zakończenie więc jeszcze kilka urokliwych zdjęć. 😉

Dziękuję za lekturę kolejnego posta! Zachęcam do wędrówki granią Rohaczy – według mnie jednym z najciekawszych szlaków w Tatrach. Orla Perć Tatr Zachodnich czeka na kolejnych śmiałków…

Nie polecam jednak tej trasy dla osób nieobytych z ekspozycją i wspinaczką wysokogórską. Lepiej nie ryzykować – pamiętajcie, że jesteśmy na Słowacji, gdzie ewentualna akcja ratownicza drogo kosztuje. Ze względu na przekroczenie granicy warto też wykupić sobie jednodniowe ubezpieczenie w Tatry Słowackie – to koszt zaledwie 4 złotych…

Tymczasem do zobaczenia na szlaku! Może właśnie na grani Rohaczy…?

Joanna

Piękne marzenie poety. Orlą Percią wśród chmur i granitów

Sen, łzy moje otarłszy, wiódł mię w kraj ułudy…
Bramą skalną nad nurtem kłócącym się z ciszą,
Wszedłem w kraj, kędy myślom moim towarzyszą
Myśli Stwórcy poety — w głaz chwycone cudy.
Z obu stron snów pałace, skalne wielkoludy.
Białe zamki zaklęte na błękitach wiszą,
Zaczarowane lasy ciemną pierś kołyszą,
Na kwiatach łąk śpią czary, marzenia i złudy.

 

Franciszek Nowicki, Sen tatrzański z cyklu poezji Tatry (1891)

Wspomnienie tej długo wyczekiwanej podróży rozpoczynam słowem poety, ponieważ to właśnie z marzenia poety zrodziła się sławetna Orla Perć. Na wstępie zaznaczę, że było to moje pierwsze w życiu przejście najtrudniejszą szlakowaną granią w polskich Tatrach. W przeciwieństwie do wielu poszukiwaczy mocnych wrażeń nie będę sztucznie ekscytować się w stylu: „Wow, ale hardkor!” lub „Było tak strasznie, ale dałem radę, taaaaaki ze mnie kozak i wielki zdobywca!”. Podobnie jak inni „turyści” nie szłam także na szlak z zamiarem „urwania” całej Orlej Perci na siłę, w jak najszybszym czasie (ba, w trakcie całkiem poważnie rozważałam zejście!). Osobiście uważam, że czarna legenda tzw. „rzezi niewiniątek” wokół tego szlaku powstała znacznie na wyrost. Z pewnością jednak nie można odmówić Orlej Perci surowego, niepowtarzalnego piękna, które szczególnie widoczne staje się w czasie niepewnej pogody. Ostra grań pod kłębami ciemnych chmur i w kroplach delikatnego deszczu urzeka tak bardzo, że grzechem byłoby wtedy z niej zejść. I takie właśnie surowe, mistyczne piękno Orlej Perci chciałabym pokazać.

DSCN0903
Srogie piękno Orlej Perci w pełnej krasie, gdy wszędzie wokół dymi się i kłębi. Spojrzenie w tył z Koziego Wierchu, niżej Kozia Przełęcz.

Wracam jednak do tajemniczego „marzenia poety”. Orla Perć po raz pierwszy zaistniała nie na mapie, lecz w wyobraźni młodopolskiego poety i taternika Franciszka Henryka Nowickiego. Miłośnikom gór polecam lekturę jego sonetów Tatry (1891), dostępnych w wydaniu cyfrowym m. in. TUTAJ. W lutym 1901 r. autor sonetu Pod Krzyżnem przesłał Towarzystwu Tatrzańskiemu memoriał w sprawie wytyczenia szlaku Orlej Perci, motywując zamiar swój następująco: „Chwile takie są nie przepłacone: wznoszą one człowieka ponad troski życia powszechnego, ukazują mu stosunki ludzkie jakby gdzieś z nadobłocznej, orlej perspektywy, koją wzruszenia duszy, czynią każdego lepszym, szlachetniejszym”. Orla Perć według pierwotnej koncepcji Nowickiego miała biec od Wodogrzmotów Mickiewicza przez Wołoszyn, przełęcz Krzyżne, Granaty, Świnicę aż hen!, po Czerwone Wierchy i kończyć się w Dolinie Kościeliskiej.

 

Realizacji „szalonego” w tamtych czasach pomysłu poety podjął się „żelazny ksiądz” Wincenty Gadowski. Panowie uroczyście zainaugurowali budowę szlaku 16 lipca 1903 r. Wówczas przed Wodogrzmotami Mickiewicza przybito do świerka tablicę z napisem „Orla Perć”. Wytyczenie szlaku oraz dróg wejściowych na Krzyżne i Granaty są zasługą ks. Gadowskiego. Jemu i grupie przewodników turyści zawdzięczają także zamontowanie na grani sztucznych ułatwień w postaci łańcuchów, klamer i drabinek. Budowanie Orlej Perci było zadaniem trudnym nie tylko ze względów logistycznych. Pracom od początku towarzyszyła niechęć, a wręcz złośliwość i wyraźny sprzeciw Towarzystwa Tatrzańskiego. We współczesnej taternickiej świadomości szlak taki uchodził za niemożliwy do przejścia, jego pomysłodawców traktowano więc jak wariatów. Przeciwności losu i pechowych przypadków było mnóstwo. Tylko dzięki uporowi i determinacji „żelaznego księdza” w 1906 r. udało się ukończyć Orlą Perć, która początkowo obejmowała również grań Wołoszyna. W 1932 r. jednak na stałe zamknięto odcinek Polana pod Wołoszynem-Krzyżne, aktualnie miejsce objęte jest ścisłą ochroną przyrody. Wówczas szlak przybrał aktualną postać: od przełęczy Zawrat przez Kozi Wierch, Kozią Przełęcz, trzy Granaty do przełęczy Krzyżne.

DSCN0911

Razem z kolegą planowaliśmy przejście całej Orlej Perci wraz z nadprogramową Świnicą, z Kuźnic wyruszyliśmy więc o wschodzie słońca (5:30 rano). Mimo wczesnej pory w okolicach schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej można było spotkać mnóstwo ludzi. Wkrótce wyruszyliśmy czarnym szlakiem przez Zieloną Dolinę Gąsienicową w stronę Świnickiej Przełęczy (2051 m). Stromą wędrówkę w górę umilały przepiękne widoki na Zielony Staw, Kurtkowiec i Czerwone Stawki. Na zdjęciu po prawej widoczne obserwatorium meteorologiczne na pobliskim Kasprowym Wierchu.

 

DSCN0841
Na Świnicką Przełęcz można również dotrzeć czerwonym szlakiem z Kasprowego Wierchu (1987 m) przez Beskid (2002 m) i Przełęcz Liliowe.

Z przełęczy bez chwili zwłoki ruszyliśmy skalistym podejściem prosto na Świnicę (2301 m n.p.m.). Wkrótce na trasie pojawiły się pierwsze tego dnia łańcuchy. Ostrzegam – ten szlak do łatwych nie należy, ale zdobycie Świnicy daje dużo satysfakcji i gwarancję pięknych widoków. Poniżej kilka zdjęć z podejścia na wierzchołek…

 

…i z samego szczytu.

 

IMG_20170826_093304
Piękna panorama z porannej Świnicy.

Dalej czerwony szlak prowadzi stromo na przełęcz Zawrat (2159 m). Około 40 minut męczącego zejścia po łańcuchach i klamrach. Na przełęcz można dostać się także od strony Doliny Pięciu Stawów (najłatwiejszy wariant) oraz bezpośrednio w Hali Gąsienicowej (najtrudniejszy wariant, nie polecam po deszczu, na śliskich skałach może być nieciekawie).

„Stanąłem na przełęczy… świat czarów nade mną!/ Wzrok zdumiony weń topię – podziw duszę tłoczy…” – tak widoki roztaczające się wokół komentował znany nam już poeta Nowicki w sonecie Zawrat. To właśnie tutaj swój początek bierze sławetna grań Orlej Perci, widoczna na zdjęciu po lewej stronie. Warto wybrać się na samą przełęcz dla malowniczej panoramy, jednej z najpiękniejszych Tatrach. Na zdjęciu po prawej widoczna figura Matki Boskiej Zawratowej wykonana z pińskiego piaskowca. Madonnę w ścianie Zawratowej Turni umieścił wspomniany już ks. Wincenty Gadowski w 1904 r. Od tej pory Matka Boska Zawratowa czuwa nad wszystkimi śmiałkami porywającymi się na przejście Orlej Perci.

Odcinek Zawrat-Kozia Przełęcz uważany jest za najtrudniejszy odcinek Orlej Perci – według statystyk TOPR-u w latach 1909-2004 śmierć poniosło w tej części grani 39 osób (aż 17 na Zawracie). Ze względu na bardzo wąskie odcinki grani przy dużym nastromieniu i znacznych ekspozycjach na tej części szlaku obowiązuje ruch jednokierunkowy! Mimo to w sezonie letnim można spotkać „turystów”, którzy porywają się bezmyślnie i bez rozpoznania swoich umiejętności na przejście Orlej Perci, a potem spanikowani wracają pod prąd. Czerwony szlak wiedzie najpierw przez Mały Kozi Wierch (2228 m, zdjęcia poniżej – nr 1 i 2) oraz Zmarzłe Czuby. Na zdjęciu trzecim widoczna jest południowa ściana grani opadająca efektownym urwiskiem do Dolinki Pustej.

Dalej kieruję się w stronę Zmarzłej Przełęczy (2126 m), na której stoi niezwruszenie i uśmiecha się z daleka sławetny chłopek skalny na Orlej Perci (zdjęcie po prawej).

Dalej szlak prowadzi zboczem Zamarłej Turni (2179 m) w stronę Koziej Przełęczy (2137 m). To właśnie w tym miejscu znajduje się najsłynniejsza, 8-metrowa drabinka w polskich Tatrach! Trochę się telepie, lecz jak na ponad sto lat istnienia szlaku trzyma jeszcze całkiem nieźle. 😉 Należy pamiętać, aby z ostatniego stopnia drabinki zrobić duży krok w lewo prosto na skalną półkę z łańcuchem. Niżej zieje otchłań śmiertelnej przepaści – chyba nie muszę więc dodawać, czym mogłoby się skończyć zejście z drabinki prosto w dół. Dalej czeka na mnie strome zejście do kolejnego „czarnego punktu” – Koziej Przełęczy (12 ofiar śmiertelnych).

 

Czerwony szlak prowadzi dalej przez trzy wierzchołki Kozich Czub na Kozi Wierch (2291 m) – najwyższy szczyt położony w całości po polskiej stronie Tatr. Poranne słońce pozostało już tylko ciepłym wspomnieniem, a zmiana pogody czyni piękne widoki wręcz zapierającymi dech w piersiach. Skaliste turnie urzekają surowym, tatrzańskim pięknem, a jednocześnie budzą pokorę i szacunek.

Nastroju tajemniczości i niesamowitości dopełnia widziany przeze mnie spektakl chmur. Muszę przyznać, że przemierzanie Orlej Perci w pełnym słońcu z pewnością nie byłoby tak niezapomnianym przeżyciem. Zobaczcie sami, jak groźnie prezentowały się tego dnia Tatry. Nie mogłam wprost oderwać wzroku…

Czerwony szlak z Koziego Wierchu prowadzi na rozłożysty masyw przepięknych Granatów. Przed kulminacją Zadniego Granatu (2240 m), Pośredniego Granatu (2234 m) i Skrajnego Granatu (2225 m) znajdują się odpowiednio: Zadnia, Pośrednia Skrajna Sieczkowa Przełączka. Swoją nazwę zawdzięczają pamięci Macieja Sieczki, który w 1867 r. razem z towarzyszami dokonał pierwszego historycznego wejścia na wszystkie trzy Granaty. Jest to najłatwiejszy odcinek Orlej Perci, jednakże… to właśnie tutaj znajduje się słynny 20-metrowy, pionowy kominek pod Czarnym Mniszkiem.

Mimo pozornej „łatwości” tego odcinka w poszarpanych turniach Granatów wielu turystów straciło życie wskutek zejścia z oznakowanej ścieżki. To właśnie między Pośrednim a Sieczkowym Granatem znajduje się owiana czarną sławą pułapka bez wyjścia – Żleb Drege’a. Z góry prezentuje się on jako szerokie i łagodne trawiaste zbocze, którym wielokrotnie już turyści – po zgubieniu szlaku we mgle lub nagłym załamaniu się pogody – próbowali zejść na dół do Doliny Gąsienicowej. Początkowo zejście żlebem jest bardzo łagodne, potem zaczyna się jednak robić coraz bardziej strome, aż w końcu urywa się 180-metrowym, pionowym kominem. Wędrowiec, który zaufał tej drodze, nagle i nieoczekiwanie osuwa się parę metrów i staje „na krawędzi” (dosłownie!). Stąd niemożliwością jest powrót w górę, a próba dalszego schodzenia w dół musi skończyć się tragedią. Polecam lekturę artykułu o Żlebie Drege’a opublikowanego na portalu NaTatry.pl. W Na tatrzańskich bezdrożach Mariusza Zaruskiego można również przeczytać relację „z pierwszej ręki” o akcji ratunkowej przeprowadzonej w tym miejscu w 1914 r. Zakończyła się ona uratowaniem Marii Bandrowskiej – jedynej ocalałej z trójki zbłąkanych pod Granatami polskich turystów.

DSCN0914
Ostrożnie w stronę Buczynowej Strażnicy i Przełączki nad Doliną Buczynową.
DSCN0917
Poszarpaną granią Czarnych Ścian.
DSCN0922
I jeszcze spojrzenie w tył w stronę Koziego Wierchu i Koziej Przełęczy…
DSCN0927
Na szczycie Zadniego Granatu (2240 m).

Z Zadniego Granatu można snuć się po kamienistej perci na kolejne Granaty lub w ciągu ok. 2 godzin zejść do Hali Gąsienicowej przez Zmarły Staw pod Zawratem (szlak zielony, a następnie niebieski). A poniżej kilka zdjęć z dalszego odcinka Orlej Perci.

 

DSCN0931
Majestat Skrajnego Granatu.

 

Niestety, nie udało mi się dobrze uchwycić tego na zdjęciu, ale… nieco przed Skrajną Sieczkową Przełęczką znajduje się słynna szczerbina, przez którą należy przejść bardzo długim rozkrokiem. Grupa turystów na zdjęciu powyżej po lewej właśnie przekracza przeszkodzę. A pod nogami szczerbina… którą można jednak spokojnie obejść dołem. 😉

DSCN0939
Nieco z boku widziany Żleb Drege’a między Pośrednim a Skrajnym Granatem. W pierwszej chwili może się wydawać, że dałoby się tu zejść, prawda?
DSCN0942
Na szczycie Skrajnego Granatu (2225 m).

Ostatni odcinek Orlej Perci – od Skrajnego Granatu do przełęczy Krzyżne (2112 m) – według opisów szlaku stopniem trudności niemalże dorównuje części szlaku od Zawratu do Koziej Przełęczy. Władze Tatrzańskiego Parku Narodowego kilkakrotnie zamykały tę część ze względu na fatalny stan sztucznych ułatwień. Ostatni etap pokonywałam w towarzystwie silnej grupy „pod wezwaniem” z okolic Opola. Czerwone znaki wiodły nas na Granacką Przełęcz (2145 m), następnie po drabince na ścianę Orlej Baszty (2177 m), potem w dół przez Pościel Jasińskiego (2125 m) i nazwaną na cześć cytowanego już poety Przełęcz Nowickiego (2105 m). Dalej grań prowadziła pod Wielką (2183 m) i Małą Buczynową Turnią (2177 m) prosto na magiczną przełęcz Krzyżne. Po południu pogoda znacznie się poprawiła, zza chmur zaczęło nieśmiało wyglądać słońce. Chwilowe rozpogodzenie było jednak efektem zmiany kształtu chmur – z podłużnych „deszczówek” zaczęły wypiętrzać się w wysokie burzowe cumulonimbusy. Na szczęście pogoda wytrzymała do samego końca, mój wyuczony czujnik meteo nakazywał mi jednak obserwować sytuację z lekkim niepokojem.

Po łańcuchach schodzimy na Granacką Przełęcz i dalej…

DSCN0946
Szanowni Państwo, przedstawiam Jej Wysokość Orlą Basztę!

 

Spod Orlej Baszty schodzimy stromo Pościelą Jasińskiego. Już wyjaśniam charakterystyczną nazwę. Według legendy kłusownik z Poronina w trakcie polowanie na kozice zabłądził w tym miejscu i spędził tutaj samotnie kilka dni. Szukając zejścia, spadł w przepaść ze skutkiem tragicznym i zasnął wiecznym snem nad Buczynową Dolinką. A na zdjęciu po prawej zejście z głębokiego wcięcia Przełęczy Nowickiego – największe obniżenie na tym odcinku Orlej Perci.

Dalej trawers prowadzi wzdłuż Wielkiej Buczynowej Turni i pod Buczynową Przełęczą.

DSCN0961
Teraz znów w górę pod wierzchołek Małej Buczynowej Turni.
DSCN0963
I dalej przez Ptaka oraz Kopę nad Krzyżnem prosto na Krzyżne.
DSCN0965
„Płomienna dnia źrenica z cieniami się waśni… Spuszcza nocy powiekę… gaśnie za chmur łonem…” F. H. Nowicki, „Pod Krzyżnem”

I wreszcie Krzyżne – przełęcz położona na skrzyżowaniu trzech grzbietów górskich. Miejsce to – podobnie jak Zawrat – często jest odwiedzane dla przepięknej panoramy. Wejście jest dosyć łatwe i przyjemne (szczególnie od strony Doliny Pięciu Stawów), a na końcu szlaku nagle przed oczami wyrasta surowa, groźna grań Orlą Perć. Na wielu wędrowcach ta nagła zmiana robi ogromne wrażenie, trochę jak nagły skok do alternatywnej rzeczywistości…

Pogoda przestała jednak wyglądać zachęcająco, szybkim krokiem i bez odpoczynku mknę więc stromym piarżyskiem w dół, w stronę Hali Gąsienicowej. W piętrze kosodrzewiny dopadła mnie burza z piorunami i gradobiciem. Ze schroniska do Kuźnic schodziłam już po zmroku, jednak drogę przez las oświetlały błyskawice. O godzinie 20:45 wsiadłam do busa przemoczona i porządnie zmęczona. Mimo to warto było!

O Orlej Perci fantazjowałam od roku i wreszcie przyszedł czas, aby urzeczywistnić te marzenia. Szlak ani przez chwilę nie wydawał mi się „hardkorem” nie do przejścia. Orla Perć oczarowała mnie jednak pięknymi widokami i stanowczym pięknem ostrych granitów. Z pewnością tutaj wrócę, aby z większą uwagą przyjrzeć się grani i poznać jej wszystkie tajemnice. Wyobrażam sobie, że szczególnie pięknie musi ona wyglądać w gęstej mgle. A zwłaszcza Granaty… Ślę więc tęskne spojrzenie w górę na szlak wyśniony przez młodopolskiego poetę i obiecuję sobie, że z pewnością jeszcze tu wrócę.

Tymczasem dziękuję bardzo za lekturę tego posta! Mam nadzieję, że zainspirowałam do zmierzenia się z Orlą Percią. Radzę jednak na taką wycieczkę wybrać pewniejszą pogodę niż ta widoczna na zdjęciach, dobrze oszacować czas przejścia i przede wszystkim zabrać do plecaka zdrowy rozsądek. 😉

Tymczasem do zobaczenia na szlaku, Miłośniku Gór!

Joanna

Mistyczny Sławkowski w morzu chmur i mgieł

[…] Pójdziesz jak ja w tej godzinie – 
Z dziwu ci grzbiet się wyprości –
By patrzeć, jak żywioł tym ścianom
Głaźne wyżera wnętrzności.
 
Pójdziesz jak ja dziś w ten mgławy 
Czas, blaskiem słońca nie zdarty,
By odczuć żądzę czytania
Z tej przeolbrzymiej karty
 
Lecz choć widoczne są znaki  
Dostępne dla wszystkich w świecie,
Nie będziesz się mógł rozeznać
W ogromów tych alfabecie. […]

 

Jan Kasprowicz, Księga ubogich – XIII

Pierwszego dnia mojego lipcowego górskiego weekendu zdecydowałam się rozpocząć eksplorację Tatr Słowackich od wycieczki na Sławkowski Szczyt (2452 m). Polecam niebieski szlak ze Starego Smokowca wszystkim miłośnikom długich wędrówek z pięknymi widokami. Trasa, chociaż długa i mozolna, nie sprawia większych trudności technicznych. Sławkowski to trzeci pod względem wysokości tatrzański szczyt, na który można wejść znakowanym szlakiem. I najłatwiej dostępny spośród królewskiej czternastki Wielkiej Korony Tatr. Dla mnie pozostanie przede wszystkim wspomnieniem długiej i nieziemskiej wędrówki w morzu chmur i mgieł. Właśnie takie mistyczne i nieco groźne Tatry kocham najbardziej.

 

Przygodę ze Sławkowskim Szczytem rozpoczynam wczesnym porankiem w Starym Smokovcu. Urocze słowackie miasteczko, założone w 1793 r., jest punktem startowym wielu tatrzańskich szlaków. A po powrocie z gór można znaleźć w nim kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia. Chociażby widoczny na zdjęciu po prawej charakterystyczny neogotycki Kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny z 1888 r.

DSCN0004

Sławkowski Szczyt dosłownie „wisi” nad Starym Smokovcem. Do celu prowadzi niebieski szlak o długości ok. 7,5 km. Szlakowskazy podają jako przewidywany czas przejścia ok. 5 godzin – nie bez przyczyny! Sławkowski nie jest wprawdzie trudny do zdobycia, lecz potrafi porządnie zmęczyć – to zasługa aż 1462 m przewyższenia! Jeśli obawiacie się o swoją kondycję, możecie wybrać łatwiejszy wariant wejścia – wjechać kolejką na Hrebienok (Siodełko) i stamtąd ruszyć niebieskim szlakiem w górę, zaoszczędzając ok. godziny stromego podejścia. Nie będę jednak ukrywać, że największą satysfakcję daje przejście całego szlaku od samego początku do końca.

 

Wprost z centrum cichego i spokojnego miasteczka wchodzę na szlak. Początkowo ścieżka wiedzie wśród drzew, krzewów i kosodrzewiny. Pogoda tego dnia nie jest pewna, jednak dzięki temu jestem świadkiem ciekawego spektaklu chmur. Wystarczyło jedynie trochę oddalić się od cywilizacji, aby móc kontemplować przepiękną pierzynę obłoków ścielącą się nad Starym Smokovcem. Widok zachwycający, chociaż tak nisko położone chmury mogą zwiastować nadejście burzy już wczesnym popołudniem.

DSCN0011
Początkowo cel podróży spowija senna pierzyna chmur. Powoli jednak zaspany Sławkowski odsłania swoje dostojne oblicze przed ciekawością wędrowca. Traktuję to jako zaproszenie na drugie śniadanie na szczycie. 😉

Na zdjęciu powyżej, zapewne ziewając i przeciągając się powoli, wyłania się z pierzyny chmur bohater tego tekstu. To chyba dobre miejsce na przedstawienie tajemniczego imć pana. Sławkowski Szczyt (Slavkovsky Štit, 2452 m. n.p.m.) wbrew częstym domniemaniom nie zawdzięcza swojej nazwy jakiemuś dzielnemu Sławkowi lub Sławojowi, lecz wsi Sławków (Vel’ky Slavkov), w której posiadaniu do 1947 r. znajdowały się okoliczne tereny. Prowadzący na wierzchołek niebieski szlak to najstarsza wysokogórska perć w całych Tatrach. Pierwszy przekaz o zdobyciu szczytu przez Georga Buchholtza z przewodnikiem i towarzyszami pochodzi już z 1664 roku! Pozwolę sobie zaznaczać, że wówczas ani w Polsce, ani na Słowacji nikt nawet jeszcze nie śnił o turystyce wysokogórskiej w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Sławkowski bardzo szybko zaczął kusić także w śnieżnej szacie – w 1873 r. Ede Blásy z przewodnikiem dokonał pierwszego zimowego wejścia. Z kolei w 1805 r. prawdopodobnie stanął tutaj Stanisław Staszic.

DSCN0014

Trasa na Sławkowski Szczyt przez prawie 500 lat nie straciła na popularności ze względu na walory widokowe oraz dużą wybitność szczytu. Obły kolos jest także bohaterem jednego z ciekawszych i mało znanych tatrzańskich mitów. Charakterystyczna, pełna kamiennych rumoszy rzeźba skalna oraz szeroki, „ścięty” płasko wierzchołek (niespotykany wśród dwutysięczników) od zawsze budziły wątpliwości i skłaniały do snucia rozmaitych hipotez. Wierzchołek Sławkowskiego niegdyś był uważany za najwyższy punkt w Tatrach. Według lokalnych źródeł 6 sierpnia 1662 r. nastąpił gigantyczny obryw skalny, wskutek czego szczyt stracił ponad 300 m wysokości – stąd wielkie zwaliska kamieni ciągnące się od Królewskiego Nosa aż do wierzchołka. Zawalenie się wierzchołka tłumaczono uderzeniem pioruna, trzęsieniem ziemi, a nawet złośliwością magicznego smoka. Pozwolę sobie jednak wyraźnie zaznaczyć, że badania geologów definitywnie obalają wszystkie te hipotezy.

DSCN0012

Tymczasem wędruję piętrem dolnego regla w scenerii słonecznego poranka, aż docieram do Rázcestie pod Slavkovskym Štitom (1357 m n.p.m.), czyli Rozejścia pod Sławkowskim Szczytem. Tutaj krzyżuje się szlak niebieski z czerwonym, prowadzącym przez Dolinę Wielicką do Śląskiego Schroniska (Sliezsky Dom). Zaledwie kawałek dalej znajduje się wspomniany już Hrebienok, który odwiedzę w drodze powrotnej.

 

Po kolejnych 20-30 minutach wędrówki docieram do platformy widokowej zwanej Maksymilianką (Slavkovska Vyhliadka), położonej na wysokości 1530 m. To miejsce zawdzięcza swoją nazwę pamięci urzędnika Maximiliana Weisza, który w latach 1901-1908 sfinansował poprowadzenie szlaku na szczyt. Rozciąga się stąd piękna panorama m. in. na Durny Szczyt i Pośrednią Grań.

 

Powyżej platformy widokowej na Maximiliance (zwanej także Sławkowską Kazalnicą) rozpoczynam nieco męczące podejście granią Sławkowskiego Grzebienia. Droga na wierzchołek jest długa, a przed jego osiągnięciem czekają na mnie kulminacje Wyżniej Sławkowskiej Kazalnicy (Maximilianka, 1859 m n.p.m.) oraz Królewskiego Nosa (Kralovsky Nos, 2273 m n.p.m.). Widoki na piramidalne masywy Łomnicy, Durnego Szczytu i Kościołów zasłaniają coraz liczniejsze i większe chmury. Idę w górę z lekką obawą, ponieważ pogoda tego dnia nie jest pewna. W niektórych prognozach zapowiadano w okolicach Łomnicy jedynie popołudniowy deszcz (pół biedy…), w innych z kolei – nadejście burzy w okolicach godziny 13-14. O tak późnej porze planuję jednak mknąć w dół. Ponadto po drodze widziałam dwie małe koliby skalne – nieocenione schronienie na wypadek nagłego załamania pogody. Tymczasem pnę się zakosami wyżej i wyżej wśród gęstej kosówki….

 

„Pocieszę” optymistów – przede mną dumnie prezentuje się nie główny wierzchołek, lecz dopiero pagór Królewskiego Nosa. Bogusz Stęczyński w Tatrach w dwudziestu czterech obrazach (1860 r.) pisał o nim tak:

Od Szmeksu, z utrudzeniem, do spocenia włosa,
Trzeba spinać się na szczyt Królewskiego nosa,
Po rypach rozwalonych między rozpadliny
Wychodząc z ciemnych lasów, w las kosodrzewiny.

Gdy opuszczam piętro kosodrzewiny, szlak staje się coraz bardziej kamienisty, momentami wiedzie też dosyć blisko przepaści. Wówczas obły Sławkowski zaczyna robić na mnie coraz większe wrażenie, co dodatkowo potęgują otaczające mnie coraz gęściej chmury. Czuję się, jakby ktoś podarował mi klucz do innego świata – rzeczywistości nieznanej i kuszącej….

 

Morze chmur wokół mnie wkrótce się zamyka. Teraz mogę skoncentrować się wyłącznie na moim górskim mikrokosmosie; chłonąć góry nagie skały całą świadomością i wszystkimi zmysłami. Tatrzańska „melodia mgieł” zawsze pozwala mi zapomnieć o wszystkim, co zostawiam daleko w dole. Dlatego właśnie taką przyjemność sprawiają mi wędrówki z głową w chmurach. Przepięknie jest…

 

Chyba jestem w okolicach Królewskiego Nosa… Momentami muszę solidnie wytężać wzrok, aby odnaleźć szlak znikający co chwila w mleczno-szarej poświacie…

 

Właściwie nie mam pewności, czy przede mną wiedzie skalista perć… czy może tuż obok kryje się przepaść… Jestem jednak coraz bliżej i bliżej szczytu.

 

I w końcu osiągam szczyt! Początkowo „widoki” nie zachwycają, ze względu na dobrą przedpołudniową godzinę wejścia decyduję się jednak poczekać na rozwianie chmur. Po około 20 minutach okazuje się, że cierpliwość popłaca. 😉 Jego Ekscelencja Sławkowski łaskawie odsłonił swoje oblicze.

IMG_20170728_114516_004
Przede mną przepiękne morze chmur, a gdzieś zza niego nieśmiało wyłaniają się (prawdopodobnie) od lewej: Mały Jaworowy Szczyt (2380 m), Jaworowy Szczyt (2418 m), Ostry Szczyt (2367 m), Lodowy Szczyt (2627 m) oraz Baranie Rogi (2526 m).
DSCN0059
Od lewej widoczny kawałek Małego Lodowego Szczytu (2461 m), dalej w prawo Czerwona Ławka (2352 m), Żółty Szczyt (2385 m) oraz Pośrednia Grań (2441 m).
DSCN0063
Nisko pode mną rozpościera się Dolina Staroleśna.
DSCN0065
A teraz przede mną Żółty Szczyt i Pośrednia Grań (chociaż w tym mleku pewności nie mam….)

 

 

Na wierzchołku Sławkowskiego Szczytu znajduje się żeliwny krzyż z tablicą pamiątkową umieszczoną tutaj dopiero w lipcu 2014 r. W ten sposób Słowacy uczcili 350. rocznicę pierwszego wejścia 21-letniego wówczas studenta Georga Buchholtza Starszego. Pierwszy znany z nazwiska zdobywca szczytu opisywał swoją wyprawę następująco:

Podczas wchodzenia w górę pięć albo sześć razy zanurzaliśmy się w obłokach, tak że wokół nas było zupełnie ciemno i nie widzieliśmy słońca. Jednak kiedy tylko wydostawaliśmy się ponad chmury, mogliśmy wśród chmur znów zobaczyć słońce, które nam ładnie świeciło, aż do chwili, kiedy wywspinawszy się trochę wyżej osiągnęliśmy inną chmurę, znów robiło się mrocznie i ciemno, a wokół nas była zwiewna para i cuchnący dym, który kotłował się wokół nas, wzdymając się jak gdyby w wielkie pagóry, do czasu, kiedy znowu z tej chmury wydobyliśmy się, i ponownie zobaczyliśmy śliczne słonko. […] Wierzchowisko okrągłego Sławkowskiego Szczytu, na którym zatrzymaliśmy się do dwóch godzin, tworzy na samym czubku przestrzeń i obszar wielkości średniej izby. Po stronie potoku Zimna Woda [Kahl-Bachu] jest zupełnie stromo, a spoglądanie prosto w przepaść jakby na głębokość przeszło stu wież jest okropne i straszne, wprost odchodzi ochota do patrzenia.
Georg Buchholtz starszy, Wycieczka na Szczyt Sławkowski, tłum. J. Nyka

 

DSCN0073Po kilku minutach przejaśnień o pięknych widokach można jednak było zapomnieć na dobre. Im bliżej południa, tym ciemniej kłębiło mi się przed oczami. W tym momencie podejmuję więc decyzję o sprawnym rozpoczęciu zejścia ze szczytu. Na strugi deszczu jestem przygotowana. Nie mam jednak ochoty, aby przypadkiem przed moimi oczami grzmotnęło na wysokości ok. 2,5 km nad ziemią.

 

Zejście ze Sławkowskiego w niewiele lepszych warunkach. Muszę jednak przyznać, że wyłaniające się powoli ostre rumosze skalne w oparach ciemnoszarej mgły przybierają bardzo fantazyjne kształty. Poniżej parę ujęć z okolic Królewskiego Nosa.

 

 

W pewnym momencie muszę znów przekroczyć magiczną granicę chmur. Następuje gwałtowne zderzenie z rzeczywistością. Stoję właśnie na wysokości ok. 2000 m n.p.m. pod olbrzymią, płaską od spodu czarną chmurą. Szczególnie niepokoi mnie czerwonawa poświata widoczna pod postrzępioną podstawą chmury.

DSCN0097
Pięknie się kłębi i dymi…
DSCN0101
Tajemniczy Sławkowski w strugach deszczu… W tej aurze wygląda przepięknie, chociaż na śliskich płytach skalnych łatwo wpaść w poślizg. Dobre buty wskazane!

Ze złowieszczo wiszącej nade mną siwo-czarnej chmury wkrótce spadł deszcz. Jednym z moich dziwnych upodobań są długie wędrówki (albo bieg) w strugach siekącego, zimnego deszczu. Wówczas mam wrażenie, że woda zmywa ze mnie wszystkie długo skrywane negatywne emocje i myśli. Gdy moknę, ogarnia mnie uczucie ulgi razem z głębokim, niezachwianym spokojem. Deszcz oczyszcza, przynosi katharsis.

 

Gdy po zejściu ze Sławkowskiego Szczytu i ciepłym, sytym posiłku zostało mi jeszcze trochę czasu do autobusu, na sam koniec zdecydowałam się odwiedzić Hrebienok (1285 m n.p.m.), zwany także Siodełkiem lub Smokowieckim Siodełkiem. Małą górkę określiłabym mianem „słowackiej Gubałówki” i nie ma w tym ani cienia przesady. Na Siodełko wiedzie zielony szlak ze Starego Smokowca (ok. 1 h wędrówki), a dalej prowadzi w stronę Rainerowej Chatki (ok. 35 min). Ewentualnie można wjechać kolejką górską, ja jednak polecam oczywiście wariant pieszy. 😉

W ten właśnie sposób zakończyła się moja przygoda ze Sławkowskim Szczytem. Jeśli czujecie niedosyt wrażeń, polecam lekturę całej relacji Georga Buchholtza starszego, pierwszego zdobywcy szczytu. W polskim tłumaczeniu razem z historycznymi ilustracjami dostępna jest TUTAJ. Na koniec oczywiście kilka informacji praktycznych.

Dojazd: Z Zakopanego autobusem Strama do Starego Smokovca, rozkłady jazdy dostępne TUTAJ.

Trasa: Niebieski szlak ze Starego Smokova na Sławkowski Szczyt, przewidywany czas wejścia: ok. 5 h.

Uwaga! Przed wyjazdem w słowackie Tatry należy pamiętać o wykupieniu ubezpieczenia. Szczegóły podaje Portal Tatrzański.

Dziękuję za lekturę tego wpisu. Zachęcam do zmierzenia się ze Sławkowskim Szczytem.

Do zobaczenia na szlaku!

Joanna

„Hej Krywaniu, Krywaniu, Krywaniu!”

Hej Krywaniu, Krywaniu
Wysoki!
Płyną, lecą nad tobą
Obłoki —
Tak się toczy moja myśl
Jak one,
Hej te myśli, te myśli stracone…
Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Na skalnym Podhalu, t. 1 (1903)

W powyższych słowach do wysokiego Krywania wzdychał Kazimierz Przerwa-Tetmajer ustami Marty Uherczykowej z Liptowa. W jego zbiorze góralskich podań i legend Na skalnym Podhalu zakochana dziewczyna tęsknie śpiewała na górskiej hali ku Jaśkowi z Ustupu. Od dłuższego już czasu „Hej Krywaniu, Krywaniu wysoki!” równie tęsknie grało mi w duszy, a zakrzywiony profil szczytu wciąż w myślach powracał. A konkretnie – od momentu, gdy charakterystycznego garbusa całego w bieli i blasku lutowego słońca ujrzałam w piękne zimowe południe ze szczytu Kasprowego Wierchu. Wówczas zamarzyło mi się, że przy najbliższej okazji muszę koniecznie tam stanąć. A takie marzenia koniecznie trzeba spełniać. 😉

DSCN0241
„Hej Krywaniu, Krywaniu/ Wysoki!/ Idzie od cię szum lasów/ Głęboki […]”. Garb Krywania wznosi się wysoko nad Doliną Furkotną.

Krywań (słow. Kriváň) to najwyższy szczyt Liptowa o wysokości 2494 m n.p.m., bohater wielu zbójnickich legend i pieśni. Przez polskich górali bardzo często nazywany był „Krzywaniem”. Nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu wierzchołka, przekrzywionego w kierunku północno-wschodnim. Już wiele wieków przed rozkwitem tatrzańskiej turystyki na zboczach największego tatrzańskiego „garbusa” wypasali swoje stada górale liptowscy, zakopiańczycy urządzali polowania, a hawiarze (górnicy) poszukiwali złota. Pierwsze znane wejście odnotowano 4 sierpnia 1772 r. w wykonaniu Andreasa Jonasa Czirbesza. W 1841 r. na wierzchołku stanął także król pruski Fryderyk August II; wydarzenie to upamiętniono postawieniem na szczycie piramidalnego monumentu króla. Kilka lat później piorun oderwał wielką złoconą koronę, a dzieła destrukcji dokończyli słowaccy zdobywcy tatrzańskiego garbusa.

155px-Coat_of_arms_of_Slovakia_(1960-1990).svgPrzede wszystkim warto jednak wiedzieć, że Krywań jest świętą górą Słowaków, a od połowy XIX w. funkcjonuje jako ich symbol narodowy. Wieczny ogień z Krywaniem w tle – tak wyglądał herb Słowackiej Republiki Socjalistycznej funkcjonującej w latach 1969-1990 (patrz: zdjęcie po lewej). Także w hymnie narodowym Słowacji (Nad Tatrou sa blýska) znaleźć można wzmiankę o Krywaniu: „Eště jedle rastú na kriváňskej straňe/ Kdo slovensky cítí, ňech sa šable chiťí/ A medzi nás staňe”. Od 1841 r. na szczyt organizowano gromadne narodowe wycieczki (národné vyletý) z udziałem wybitnych osobistości słowackiego życia kulturalnego i działaczy niepodległościowych. Krywań zapisał się trwale na kartach historii II wojny światowej – w Schronisku Ważeckim u podnóża góry stacjonowali słowaccy powstańcy (powstanie narodowe w 1944 r.), a krywańskimi chodnikami biegł jeden z podziemnych szlaków polskich kurierów.

Po dojeździe do Starego Smokowca wsiadam w słowacką kolejkę elektriczkę i po 40 minutach docieram do Szczyrbskiego Jeziora (Štrbské pleso, 1386 m n.p.m.). Stąd rozciąga się malownicza panorama Wysokich Tatr. Na zdjęciu po lewej stronie – od lewej patrząc – widoczne są m. in. dwa wierzchołki Kop Popradzkich (2354 m), nieco dalej Ciężki Szczyt (2520 m), Wysoka (2547 m) oraz Smoczy Szczyt (2523 m). W środku m. in. Ganek, a po prawej stronie kadru wybija się majestatyczna Kończysta (2538 m). Na zdjęciu prawym z kolei po lewej góruje Skrajne Solisko (2093 m), w środku w dalszej grani wznosi się Szczyrbski Szczyt (2381 m), natomiast po prawej stronie kadru zatrważający Szatan oraz grań Baszt.

Znad Szczyrbskiego Jeziora ruszam czerwonym szlakiem przez dziewiczą i rozległą (długość ok. 5,5 km) Furkotną Dolinę. W 1896 r. jeden z przewodników węgierskich pisał o niej jako o „najbardziej romantycznej dolinie w Tatrach”. Przyznam, że od pierwszych kroków na szlaku byłam urzeczona bogactwem roślinności i żywością kolorów. Miałam wrażenie, że przekraczam granice nieznanego mi wcześniej raju i mogłabym spędzić tutaj długie godziny. Nieustannie jednak nade mną wznosi się piękny Krywań, który motywuje do dalszej wędrówki. Spojrzenie w stronę garbusa utwierdza mnie w przekonaniu, że właściwie to bardzo blisko… Z czasem okaże się, jak mylne było to wrażenie.

Na chwilę zbaczam ze szlaku, aby zobaczyć Jamski Staw (Jamské pleso, 1447 m n.p.m.) – jego nazwa pochodzi od tzw. Jam, kompleksu morenowego tworzącego południowe ramię Krywania. Dzięki temu mogłam być świadkiem cudownego świetlnego spektaklu rozgrywającego się na powierzchni wodnej tafli.  Łechtane lekkim powiewem wiatru, lustro wody zaczęło marszczyć się i falować, a po chwili zamigotało drobnymi złotymi plamkami. Z bliska wyglądało to tak, jakby niewidzialna ręka niechcący rozsypała tutaj drobiny gwiezdnego pyłu. Niesamowite wrażenie…

Od Jamskiego Stawu biegnie już szlak niebieski, czyli tzw. droga Staszica. Nazwa pochodzi oczywiście od Stanisława Staszica – polskiego pisarza politycznego, geografa i geologa, jednego z reformatorów epoki Oświecenia. Autor Uwag nad życiem Jana Zamojskiego… w sierpniu 1805 r. odbył wyprawę geologiczną w Tatry, podczas której zdobył Krywań i Łomnicę. Najpierw idę jeszcze leśnym traktem, wkrótce jednak osiągam piętro kosodrzewiny. Przede mną wznosi się i pyszni przepiękny Krywań. Na zdjęciu po prawej widoczna grań Skrajnego Soliska. Jest cudownie, chociaż upał zaczyna coraz bardziej doskwierać…

Niekwestionowana zaleta szlaku wiodącego na Krywań to duża różnica przewyższenia (ok. 1100 m) oraz rozpościerający się wokół ogrom przestrzeni. Stojąc na jednym z wielu narzutowych głazów w niższych partiach Grzbietu Pawłowa, już mogłam cieszyć się tym cudownym wrażeniem: jestem wysoko, coraz wyżej, daleko od ludzi i swoich codziennych „problemów”, zostawiam to wszystko za sobą. Na szlaku pusto (do czasu) – słyszę tylko swoje miarowe tętno i oddech, a przede mną wznosi się skalisty Krzywań. Ach – Krywaniu, Krywaniu..!

Wędrując wzdłuż Pawłowego Grzbietu (Nad Pavlovou, szeroka część południowej grani Krywania), co chwila widzę przepiękne głazy narzutowe i formacje skalne, układające się niekiedy w rodzaj figurek lub kamiennych chłopków. Na drugim zdjęciu od lewej widzę np. skalną podobiznę nastroszonego koguta.

Po jakimś czasie krajobraz zaczyna robić się coraz bardziej skalisty. Kolejny atut Krywania to jego niepowtarzalna polodowcowa rzeźba. Szczyt zbudowany jest głównie ze skał krystalicznych, które czynią oblicze garbusa nieco srogim i dzikim. Przyznam, że właśnie TAKI Krywań z każdym kolejnym krokiem podoba mi się coraz bardziej. 😉 Jako ciekawostkę dodam, że odcinek na wysokości 2030-2110 m nosi nazwę Krywańskich Bań (Krivánske bane) od licznych dawnych kopalni złota. Droga Staszica wiedzie dawną ścieżką hawiarską, uważny obserwator tuż przy szlaku dostrzeże otwory kilku sztolni. Od połowy XV w. do roku 1778 wydobywano tutaj złoto.

Po trudach monotonnej wędrówki w pełnym południowym słońcu osiągam w końcu Rozdróże w Krywańskim Żlebie (Rázcestie w Krivánskom Zl’abe, 2120 m n.p.m.), gdzie szlak niebieski łączy się ze szlakiem zielonym wiodącym z polany Tri Studnicky. Drugi wariant wejściowy jest krótszy, jednak również dosyć mozolny. Wędrówka tą drogą jest jednak łatwiejsza z psychologicznego punktu widzenia, ponieważ po drodze do celu pojawia się kilka kulminacji: lesisty Gronik (Grúnik, 1576 m), Krywańska Kopa (Krivánska kopa, 1773 m), Niżnia Przehyba (Nižná priehyba, 1779 m) oraz Wyżnia Przehyba (Vyšná priehyba, 1982 m).

Wędrówka drogą Staszica to z kolei prawdziwa never ending story – wciąż tylko w górę i w górę, a końca nie widać! Podejście w Krywańskim Żlebie staje się coraz bardziej strome. Dysząc ciężko, maszeruję po osypującym się pod nogami piarżysku – co dodatkowo utrudnia wędrówkę. Na górnym zdjęciu w lewej kolumnie widoczny jest fragment, w którym warto już wspomóc się rękami. Wkrótce osiągam wierzchołek Małego KrywaniaMalý Kriváň, 2335 m), widoczny na zdjęciu poniżej.

DSCN0285

Na grzbiecie Małego Krywania wyrywa mi się żałosny jęk: „Daleko jeeeeeszcze?!” Przyznaję się z pełną skruchą, że nie doceniłam tego szczytu. Wyniosły garbus okazał się prawdziwym mordercą kondycyjnym! 1000 m przewyższenia i doskwierający upał dają się we znaki – muszę co chwila przystawać, aby zaczerpnąć łyk wody i duży haust powietrza. Bardzo, bardzo rzadko zdarza mi się tak mówić, ale… Krywań był dla mnie wyzwaniem kondycyjnym. Ej, wredny Krywaniu!

Końcowe podejście na szczyt to już momentami element parawspinaczkowy. Cieszę się, że pogoda tego dnia była piękna – chyba nie chciałabym wchodzić po tych granitowych płytach w strugach deszczu.

DSCN0289

I w końcu upragniony szczyt! Na wierzchołku Krywania stoi tzw. krzyż lotaryński z podwójnymi poprzecznymi ramionami i słowackim herbem. Upowszechniony w IX w. przez misjonarzy Cyryla i Metodego, kilka wieków później stał się narodowym symbolem niepodległości Słowaków.

DSCN0290

Kolejnym historycznokulturowym elementem jest tablica upamiętniająca wejście na Krywań działaczy niepodległościowych L’udovíta Štúra oraz Michala Miloslava Hodžy wraz z grupą młodzieży dnia 16 sierpnia 1841 r. Wydarzenie to było świadomą manifestacją patriotyczną oraz prawdziwym przełomem w procesie kształtowania słowackiej tożsamości narodowej. Od czasu wycieczki šturowców rokrocznie dnia 16 sierpnia organizowano národné výlety, czyli gromadne wejścia na święty szczyt Krywań. A L’udovít Štúr tak opisywał swoje wrażenia w wierszu Ku Křiwáni:

Krywaniu! Wszedłem na twój szczyt najwyżej,
skąd Tatry dumnym obejmujesz wzrokiem,
i na wierzchołku stałem w uczuć wirze,
tam gdzie ty niebo podpierasz wysokie. […]
Krywaniu, w chmurach tyś nad chmury wyższy                                                                                               i to słowiański świat na myśl przywoła:
ponad chmurami tarcza twoja błyszczy,
choć pierś jest nimi usiana dokoła.
Nas także z burzą, z grzmotem los tu zbratał
i czym ty dla Tatr – będziemy dla świata.

A wrażenia rzeczywiście są niezapomniane. Krywań jest szczytem bardzo wybitnym, przez pewien czas był nawet uważany za najwyższą górę w Tatrach. Duża różnica przewyższenia w połączeniu z długością stromej wędrówki wzmacnia wrażenie przeogromnej przestrzeni roztaczającej się wokół. Wokół widać pełno szczytów, grani i przełęczy – i wszystkie one znajdują się niżej ode mnie! Nieodparte wrażenie, że stoję na szczycie całego świata, wprost zapiera dech w piersiach. Niesamowite i niezapomniane uczucie… Spróbuję zilustrować ten stan przy pomocy kilku panoram.

DSCN0291
Po lewej Mięguszowieckie Szczyty, dalej w prawo m. in. Rysy, Durny Szczyt (2623 m), Łomnica (2634 m), Wysoka (2547 m), Gerlach (2655 m), Przełęcz Tetmajera…
DSCN0292
Fenomenalnie wyglądają stąd Tatry Zachodnie! W centrum kadru na dalszym planie Czerwone Wierchy (Ciemniak, Krzesanica, Małołączniak, Kopa Kondracka), dalej w prawo Goryczkowa Czuba, w oddali Giewont.
DSCN0300
Widać też Kasprowy Wierch (1987 m) i Beskid (po lewej, 2012 m), a dalej grań przez Przełęcz Liliowe ciągnie ku Świnicy (2301 m, wybitny, skalisty szczyt po prawej stronie kadru).
DSCN0304
A od Świnicy w prawo grań przechodzi w słynną Orlą Perć. Kolejno: Zawratowa Turnia i Przełęcz Zawrat, Mały Kozi Wierch, Kozia Przełęcz, Kozi Wierch, Przełęcz Krzyżne, Buczynowe Turnie oraz Wielki, Pośredni i Mały Wołoszyn. Po prawej stronie kadru wybija się Miedziane. Na pierwszym planie ciągnie się Mur Hrubego.
DSCN0308
A w samym centrum kadru przepiękne Mięguszowieckie Szczyty – od lewej: Wielki (2438 m), Pośredni (2393 m) i Czarny (2410 m). W dole widoczny Niżni Teriański Staw.
DSCN0298
W dali od lewej widać: Baranec (2185 m), Bystrą (2248 m) – najwyższy szczyt Tatr Zachodnich, Kamienistą (2121 m) oraz Smreczyński Wierch (2066 m).
DSCN0297
A pode mną prawdziwa głębia przestrzeni. Dopiero spojrzenie w dół uświadamia mi, jak wysoko jestem. Ach, Krywaniu, Krywaniu!
DSCN0301
Z wierzchołka doskonale widać dwa szlaki wiodące na Krywań: niebieski ze Szczyrbskiego Jeziora (droga Staszica) oraz zielony z polany Tri Studnicky.

Wycieczkę na Krywań polecam ze względu na piękne widoki i niezapomniane wrażenia. Uprzedzam jednak – to prawdziwy kondycyjny morderca! Ze skruchą biję się w piersi – nie doceniałam tego szczytu. W drodze powrotnej spotkałam kilka osób, które – pokonane przez trudy wędrówki – zrezygnowały z osiągnięcia celu. Mimo mozolnego i długiego podejścia satysfakcja jest jednak ogromna, ponieważ szczyt zalicza się do Wielkiej Korony Tatr. Na zdobycie Krywania należy jednak zarezerwować sobie cały dzień oraz wziąć ze sobą trochę wysokokalorycznych przekąsek i dużo zapasów wody. Przydadzą się szczególnie w bezchmurne letni dni, kiedy żar leje się z nieba. Poniżej jeszcze kilka piękniejszych ujęć z drogi powrotnej.

DSCN0314
Przepiękne kosodrzewiny Grzbietu Pawłowa.

DSCN0315

DSCN0311
A tuż obok szlaku ofiara śmiertelna Krywania. Mówiłam, że morderca!

Krywań to jednak nie tylko święta góra, żywa historia i narodowy symbol Słowaków. Szczyt jest ikoną kultury wysokiej i popularnej; bohaterem wielu wierszy, poematów i pieśni. Góralskiej pieśni Krywaniu, Krywaniu wysoki ze słowami Kazimierza Przerwy-Tetmajera można wysłuchać na YouTube w wykonaniu tradycyjnym (zespół Trebunie Tutki), według mnie o wiele ciekawsza jest jednak jazz-rockowa interpretacja zespołu Skaldowie. Poniżej zamieszczam link:

Skaldowie – Krywaniu, Krywaniu

Nadchodzący długi weekend sprzyja wędrówkom, poniżej więc umieszczam kilka informacji praktycznych dla śmiałków gotowych zmierzyć się z Krywaniem.

Dojazd: Z Zakopanego do Starego Smokowca można dostać się busem Strama (bilet normalny – 22 zł), a następnie do Szczyrbskiego Jeziora dojechać kolejką elektriczką (bilet w dwie strony – 3 euro). Rozkłady jazdy znajdziecie TUTAJ.

Ewentualnie dojazd we własnym zakresie do polany Trzy Źródła (Tri Studnicky).

Czas przejścia: 

  • Wariant nr 1: Szczyrbskie Jezioro – Jamski Staw = 1 h, szlak czerwony; Jamski Staw – Krywań przez Pawłowy Grzbiet = ↑ 3 h 30 min., ↓ 2 h 30 min., szlak niebieski.
  • Wariant nr 2: Tri Studnicky – Krywań = ↑ 3 h 50 min., ↓ 3 h.

Ważne! Przed wyjazdem warto wykupić ubezpieczenie w słowackie Tatry na wypadek nieprzewidzianych (odpukać!) komplikacji. Nasi sąsiedzi bardzo restrykcyjnie przestrzegają tego wymogu. Zakup polisy na jeden dzień kosztuje ledwie ok. 4 zł/ osobę; wystarczy mieć wydruk w plecaku lub plik .pdf na telefonie i problem z głowy.  Szczegóły pod LINKIEM. Szlak na Krywań – podobnie jak inne szlaki słowackie – jest zamknięty w okresie 1 listopada-15 czerwca.

                                   Dziękuję za lekturę tego posta. Życzę samych pomyślnych wędrówek. Do zobaczenia na szlaku!

Joanna

 

Ballada o Mięguszowieckim Szczycie Czarnym

Relacja z niezapomnianej wędrówki na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem i Mięguszowiecki Szczyt Czarny

Pierwsze wrażenie jest uczuciem tracenia równowagi; zdaje się, że głowa zanadto cięży, że się człowiek chwieje na wietrze, stojąc na ostrym zrębie, dzielącym dwie przepaście — jedne, z której wyszliśmy, i drugą, w którą mamy schodzić. […] Siedzieliśmy „Na przełęczy“ w siodle między dwiema turniami, z których zachodnia, wirch Mięguszowski, sterczała na niebie chwiejną piramidą ze ścianami spadającemi, od północy, w przepaść z przerażającą pionowością. […]  Wszystko to jednak nie mogło zmniejszyć głębi przepaści, która zdawała się tem okropniejszą, iż nigdzie nie było widać śladu drogi.  I właściwie nie świadomość niebezpieczeństwa, tylko poczuwanie własnej nicości, marność swoich sił wobec potęgi góry, działa tak przygnębiająco.
Stanisław Witkiewicz, Na przełęczy: wrażenia i obrazy z Tatr (1891)

Relację z wędrówki na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem musiałam rozpocząć od najbardziej znanego i najpiękniejszego tejże opisu, jaki zna polska literatura. Stanisław Witkiewicz ojciec w swoim reportażu z wędrówek po Tatrach uczynił to miejsce legendarnym dla polskiej turystyki górskiej. Po upływie 126 lat zielony szlak, uznawany za jedną z najtrudniejszych tatrzańskich perci, wciąż fascynuje miłośników tułaczki po graniach i szczytach. Również i ja odwiedzenie Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem planowałam od dłuższego czasu – czekałam tylko na odpowiednią okazję. W pewnym momencie jednak coraz natarczywiej zaczęła krążyć w mojej głowie myśl o spróbowaniu się z Mięguszowieckim Szczytem Czarnym. Wprawdzie jest to najłatwiejszy z masywu Mięguszowieckich Szczytów, a droga z przełęczy krótka, lecz… piękny czarny kolos jest szczytem taternickim. Nie wiedzie tam żaden szlak. Była to moja pierwsza tego typu eskapada, ze sporym bagażem obaw i wątpliwości. Czy jednak Mięgusze nie są warte grzechu? 😉 Przeżycia niezapomniane. Do końca życia i jeszcze dzień dłużej.

Widok z Morskiego Oka na masyw Mięguszowieckich Szczytów. Od lewej: Mięgusz Czarny, dalej Pośredni i majestatyczny Mięguszowiecki Szczyt Wielki.
Masyw Mięguszowieckich Szczytów widziany znad Morskiego Oka. Od lewej: Mięguszowiecki Szczyt Czarny, Mięguszowiecki Szczyt Pośredni oraz Mięguszowiecki Szczyt Wielki w ławicy chmur.

Po dziesięciokilometrowym spacerze z Palenicy Białczańskiej o rześkim poranku startuję znad Morskiego Oka – najsłynniejszego i największego tatrzańskiego stawu. Wcześniej dokonałam w schronisku uroczystego wpisu do książki wyjść taternickich. Władze Tatrzańskiego Parku Narodowego udostępniają rejon Morskiego Oka dla taterników, taka krótka pozaszlakowa wspinaczka jest więc w pełni legalna. Niezbędnym warunkiem jest jednak wpisanie i wypisanie się (najlepiej od razu po powrocie) ze wspomnianej „księgi wieczystej”. W przeciwnym razie – 500 zł mniej w portfelu. Wędrówkę zaczynam od krótkiego, lecz wymagającego kondycyjnie podejścia nad Czarny Staw pod Rysami. Najpierw okrążam Morskie Oko, a dalej na stromych podejściu po kamiennych płytach nabieram wysokości.

DSCN0235
Morskie Oko zdecydowanie bardziej urzeka widziane z „zadniej strony”.

 

Wkrótce docieram nad Czarny Staw pod Rysami (1583 m n.p.m.) – w moim subiektywnym odczuciu najpiękniejszy, najbardziej tajemniczy i dziki ze wszystkich tatrzańskich stawów. W blasku porannego słońca wygląda wręcz mistycznie (szczególnie, gdy dodatkowo owiany jest lekką mgłą). Ciemna barwa lustra wody to efekt cienia rzucanego przez otaczające staw granitowe kolosy oraz żyjącej w nim sinicy.

Zielony szlak początkowo wiedzie dosyć stromo w górę po mokrych i śliskich stopniach (poprzedniego dnia solidnie padało), w przepięknym krajobrazie skalnego rumowiska. Już od pierwszych kroków czuję się jak w innym świecie, jest przepięknie! Wkrótce na szlaku pojawiają się pierwsze przeszkody, przy których trzeba „pobrudzić” ręce. Zdecydowanie jestem w swoim żywiole! W znakomitym nastroju wędruję przez lodowcowe Kotły Mięguszowieckie, popularnie zwane Bańdziochem Wyżnim Bańdziochem. Wspinaczka po licznych grzędach i kominkach wymaga dużej sprawności i siły rąk, ponieważ na szlaku znajduje się niewiele sztucznych ułatwień. Po drodze spotykam zaledwie pięć klamer w dwóch szczególnie niebezpiecznych miejscach. Muszę zaufać przede wszystkim swoim mięśniom i skale.

DSCN0151Na powyższym zdjęciu pierwsze słynne miejsce w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz – wielka, zatrważająca „lufa”. W rzeczywistości jest to po prostu wyjście ze skalnego kominka – dosyć wąskie i strome. Klamry są dużą pomocą dla rąk, ponieważ skała nie daje w tym miejscu stabilnych chwytów. Przeważnie dopiero spojrzenie w tył i widok na rozpościerające się daleko pod nami Morskie Oko uświadamia wędrowcom „przepaścistość” tego fragmentu.

Wkrótce osiągam szczyt Kazalnicy Mięguszowieckiej (2159 m n.p.m., zwana też Zerwą lub Amboną). To kulminacja północno-wschodniej grani Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego i zarazem jedno z najważniejszych miejsc w historii polskiego taternictwa. Jej północna ściana, opadająca urwiskami o wysokości ponad 500 m prosto do Czarnego Stawu pod Rysami, jest jednym z największych wyzwań dla taterników. Na Kazalnicę prowadzi wiele dróg wspinaczkowych; była ona także miejscem wielu tragicznych wypadków. Na dwóch pierwszych zdjęciach widoczny jest wierzchołek szczytu, na ostatnim natomiast stoję tuż nad jej „zerwaną” północną ścianą. I uwaga, ciekawostka! Na zdjęciu trzecim widnieje największy lodowiec firnowy w polskich Tatrach. Mięguszowiecki Śnieżnik położony jest ok. 200 m poniżej linii wiecznego śniegu(!).

Tuż pod przełęczą drugie słynne miejsce na zielonym szlaku – „galeryjka”, uwieczniona przeze mnie z dwóch perspektyw. Wąski trawers biegnący tuż nad przepaścią często wzbudza drżenie w sercach turystów nieprzyzwyczajonych do dużej ekspozycji. Przyznam, że oczekiwałam na trochę więcej (na początku nawet nie wiedziałam, że przeszłam TO miejsce!). Mimo wszystko bardzo lubię „galeryjkę” za jej kruchość, bliskość nieograniczonej przestrzeni, cudowną panoramę wokół. Prawdziwy taras widokowy!

Wkrótce staję na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem (2307 m n.p.m.). W tym miejscu warto pochylić się nad tajemniczym „Chłopkiem”. To niewielka, kilkunastometrowa turniczka na przełęczy, która widziana z dołu kształtem przypomina człowieka. Górale wielokrotnie wmawiali turystom nad Morskim Okiem, że kamienny „chłopek” co jakiś czas ożywa. W rzeczywistości jednak wrażenie ruchu było efektem gry światła i chmur. Za moimi plecami wznosi się Mięguszowiecki Szczyt Pośredni (2393 m n.p.m.). Przede mną natomiast piętrzy się obiekt moich marzeń – Mięguszowiecki Szczyt Czarny. Piękny, skalisty Mięgusz wzbudza strach i niepewność, a jednocześnie fascynuje i nie pozwala odejść bez walki. W głowie kołacze pytanie: próbować czy nie? A może jeszcze za wcześnie? Po krótkim wahaniu podejmuję rozsądną decyzję: spróbować warto, ale nic na siłę. Postanawiam niezwłocznie wycofać się, jeśli tylko wspinaczka okazałaby się zbyt trudna. W wysokich górach odwrót to nie wstyd. Szczyt nie ucieknie, można wrócić za kilka miesięcy lub dłużej.

mieguszCzarny_mapa
Mapka pochodzi ze strony taternik.net.

Mięguszowiecki Szczyt Czarny (Východny Mengusovský štit) to najłatwiej dostępny z trzech Mięguszowieckich Szczytów, położony między Mięguszowieckim Szczytem Pośrednim a Hińczową Turnią. Władysław Cywiński w tomie 10 serii Tatry: przewodnik szczegółowy podaje, że jego wysokość zmienia się co kilka lat. Najczęściej za Wielką Encyklopedią Taternicką podaje się 2410 m n.p.m. Szczyt pełni charakter „zwornika” dla Kazalnicy, u jego podnóża znajdują się więc liczne kotły i doliny, m.in.: Bańdzioch, Wyżni Bańdzioch, Kocioł Kazalnicy, Wyżni Czarnostawiański Kocioł, Dolina Mięguszowiecka oraz Dolina Hińczowa. Pierwsze znane wejście odnotowano 9 sierpnia 1903 r. w wykonaniu Antoniny i Karola Englischów z przewodnikiem Johannem Hunsdorferem. Ja wspinałam się najłatwiejszą drogą spod Przełęczy pod Chłopkiem, długość tego przejścia wynosi ok. 20-25 min. Trudność w literaturze fachowej jest określana jako „niewielka” (jedynie miejscami 0+), jednakże… Czarny Mięgusz jest już szczytem taternickim, nie wiedzie tam żaden szlak. Ta świadomość zawsze powoduje dreszcz emocji.

Pytanie zasadnicze brzmi: jak tam właściwie dojść? Na początku trawersuję zbocze szczytu od strony słowackiej (patrz: fotografia nr 1, licząc od górnej kolumny w prawo). Następnie rozpoczynam wspinaczkę żlebem do góry (fotografie 2 i 3). Znalezienie właściwej ścieżki bardzo ułatwiają kamienne kopczyki. Po chwili walki z sypkimi i kruchymi skałami wychodzę na grań (fotografia 4), a z niej już prosto na wierzchołek.

Wspinaczka na Czarnego Mięgusza była dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem i cenną lekcją życia, ponieważ wymagała dużej odwagi i pokonania własnej słabości. Trawers nad Doliną Hińczową rozpoczęłam dosłownie z duszą na ramieniu. Przed wyprawą przestudiowałam topografię szczytu, mimo to konfrontacja z granitowym masywem wywołała uczucie kompletnej dezorientacji. Miałam trudności ze zlokalizowaniem ścieżki, w pewnym momencie zaczęło robić się stromo i niebezpiecznie – zdecydowałam więc o odwrocie. Okazało się jednak, że Czarny Mięgusz skusił jeszcze dwójkę turystów. Wspólnie zastanawialiśmy się nad drogą na szczyt, kiedy nagle tuż nad sobą zobaczyłam kamienny kopczyk. W tym momencie odzyskałam przytomność i jasność umysłu, a z ostrych skał przed moimi oczami zaczęła układać się ścieżka. Zrobiłam kilka kroków przed siebie – strach wkrótce ustąpił determinacji i poczuciu pewności siebie. Byłam w stanie zaufać sobie i skale, instynkt zaczął nieodparcie pchać mnie ku górze. Po chwili poczułam się w swoim żywiole. Ostatni odcinek granią na wierzchołek pokonuję jednak ostrożnie i z pokorą.

Panorama ze szczytu… cudowna, zapierająca dech w piersiach, wprost nie do opisania. Zobaczcie sami na zdjęciach, które i tak w niewielkim tylko stopniu odzwierciedlają rzeczywistość.

Pode mną Kazalnica Mięguszowiecka i Czarny Staw pod Rysami (od niego pochodzi nazwa szczytu).

DSCN0183
Na pierwszym planie od lewej Miedziane i Opalony Wierch, a w dalszej grani m. in. Orla Perć (Kozi Wierch, Granaty, Krzyżne).
DSCN0194
Na pierwszym planie wybija się wysoki Szatan, dalej w prawo m. in. Zadnia Baszta.
DSCN0195
Koprowy Wierch niemalże „na wyciągnięcie ręki” (pierwszy plan po prawej). Dalej grań słowackich Tatr Wysokich – w centrum kadru m. in. Hruby Wirch. Nieco za nim garbaty Krywań – bohater jednego z kolejnych postów. 😉
DSCN0198
Po lewej dwa wierzchołki majestatycznych Rysów (polski – 2499 m, słowacki – 2503 m). Po prawej masyw Wysokiej (2547 m). W oddali, w samym centrum kadru – Król Tatr Gerlach (2654 m).
DSCN0199
A hen, hen daleko widać już Tatry Bielskie!
DSCN0186
Tym samym Czarny Mięgusz łaskawie wpuścił mnie na swój wierzchołek, a ja skwapliwie skorzystałam z zaproszenia.

Za mną wznosi się masyw Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego. Tam też planuję kiedyś stanąć, ale… wszystko we właściwym czasie. Góry trzeba smakować powoli i z pokorą. Szczytów się nie zdobywa, one nas wpuszczają.

DSCN0212

DSCN0215
A z Przełęczy pod Chłopkiem rozpościera się przepiękny widok na mieniące się w popołudniowym słońcu Hińczowskie Stawy.
DSCN0231
I raz jeszcze Staw pod Rysami, w popołudniowym cieniu zaiste Czarny Staw.

Z tej wędrówki wróciłam zdecydowanie silniejsza i gotowa do stawiania czoła wyzwaniom dnia codziennego. Żałuję tylko jednego – że nie pomieszkałam na szczycie dłużej. Pomimo rewelacyjnych prognoz pogoda tego dnia nie była jednak pewna, a kształt popołudniowych chmur chwilami wzbudzał lekkie obawy. Mięguszowiecki Szczyt Czarny to jeden z tych szczytów, których się nie zapomina. Bardzo dobry cel na początek pozaszlakowych wędrówek. Prawdziwa wspinaczka daje dużo emocji, a przy tym nie jest specjalnie trudniejsza od najbardziej wymagających szlaków. Nie polecam jednak takiej wycieczki mało doświadczonym turystom.

Dla Czytelników zainteresowanych posmakowaniem Czarnego Mięgusza zamieszczam trochę informacji praktycznych.

Trasa: Z Zakopanego dojazd busem lub autem do polany Palenica Białczańska, stamtąd asfaltem niecałe 10 km do Morskiego Oka. Następnie czerwonym szlakiem kierujemy się nad Czarny Staw pod Rysami. Potem szlakiem zielonym odbijamy w prawo na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Z Przełęczy wspinaczka na Mięguszowiecki Szczyt Czarny nieoznakowaną ścieżką – pomocne są kamienne kopczyki.

Czas przejścia:

Palenica Białczańska – Morskie Oko – ok. 2 h 20 min

Morskie Oko – Czarny Staw pod Rysami ⇑ ok. 50 min., ⇓ ok. 40 min.

Czarny Staw pod Rysami – Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem ⇑ ok. 2 h 30 min., ⇓ ok. 2 h

Z Przełęczy pod Chłopkiem wspinaczka na Mięguszowiecki Szczyt Czarny – ok. 20-25 min.

Ważne! Obszar nad Morskim Okiem jest udostępniony przez władze Tatrzańskiego Parku Narodowego dla taterników, jednakże planowane wyjścia pozaszlakowe należy odnotować w zeszycie wyjść taternickich w schronisku. Warto wziąć ze sobą kask (koszt wypożyczenia na jedną dobę – 20 zł + zwrotna kaucja) ze względu na ryzyko osuwania się i spadania ostrych kamieni.

Dziękuję serdecznie za lekturę tego posta. Do zobaczenia na szlaku!

Joanna